Wywiad: fajne jest życie bez grania.

Doszło do tego, że wyciągnąłem synowi pieniądze ze skarbonki. Nie spodziewałem się, że upadnę tak nisko, ale widocznie musiałem osiągnąć dno, żeby chcieć zmienić swoje życie.

– mówi Wojtek nałogowy hazardzista. Przed dwa lata obstawiał zakłady w firmach bukmacherskich, od sześciu lat jest trzeźwy.  Zapraszamy do wywiadu.

Podobno nosisz ze sobą pewną ważną karteczkę. Co jest na niej napisane? 

Ta kartka to zalecenie od terapeuty, który poprosił, żebym po jednej stronie wypisał plusy wynikające z abstynencji, a po drugiej minusy grania. Innymi słowy, co zyskuję, gdy nie gram i co stracę, gdy wrócę do nałogu.

Po co to wszystko? 

Też się na początku zastanawiałem. Nie wierzyłem ani w skuteczność terapii, ani w sens stosowania takich metod. Postanowiłem jednak słuchać tego, co mówią mądrzejsi ode mnie ludzie, specjaliści. Z prawej strony kartki wypisałem plusy trzeźwego życia. Znalazł się tam m.in. dobry kontakt z synem, uczciwe, fajne życie bez oszukiwania innych, spłacanie długów czy odzyskane zaufanie. Z drugiej strony napisałem, co by się działo, gdybym wrócił do gry, czyli życie w kłamstwie i oszustwie, strach, poczucie wstydu, powiększające się długi, wreszcie adrenalina, czyli coś, co mnie wykańczało zwłaszcza w ostatniej fazie gry. Miałem problemy z oddychaniem i sercem, coraz gorzej się czułem.  

Nosisz tę kartkę ze sobą, czyli rozumiem, że do niej czasami zaglądasz?

Kilkanaście dni po napisaniu tych plusów i minusów wróciły do mnie myśli o graniu. Wyciągnąłem sobie wtedy tę karteczkę. Gdy zobaczyłem minusy i przypomniałem sobie piekło, w którym znalazłem się przez hazard, od razu odechciało mi się grać. Noszę tę karteczkę już kilka lat, jest wytarta i poniszczona, bo trzymam ją zwykle w tylnej kieszeni spodni i często jej używałem. Zwłaszcza w pierwszych miesiącach abstynencji.

Myślisz, że ta karteczka uratowała cię przed powrotem do nałogu? 

Na pewno. Pomogła mi utwierdzić się w przekonaniu, że decyzja o niegraniu była bardzo dobra. Czytając plusy, cieszyłem się, że jestem po dobrej stronie mocy. Wystarczyło spojrzeć na najważniejsze rzeczy, czyli kontakt z synem, codzienne przebywanie z nim i bycie dla niego wzorem. Kilka razy pojawiały się myśli o obstawianiu, pokusa, żeby znowu spróbować wygrać. Przypominam sobie taką sytuację, gdy oglądałem mecz piłki ręcznej i byłem przekonany, że jedna z drużyn na pewno wygra. W mojej głowie zaraz pojawiła się myśl: obstawię jeden zakład, przecież nic złego się nie stanie, a przynajmniej wygram kasę na spłatę długów. Wyjąłem kartkę, przeczytałem, co jest na niej napisane i wyłączyłem telewizor. Uspokoiłem się, wyciszyłem emocje. Nie zagrałem. 

Opowiedz proszę o minusach, czyli najbardziej bolesnych konsekwencjach uprawiania hazardu. Jakie piekło sobie zgotowałeś grając?

To, co było najbardziej bolesne, to pogorszenie relacji z najbliższymi, przede wszystkim z synem i moją ówczesną partnerką. Utrata zaufania, wieczne kłótnie, pretensje. Nie rozumieliśmy się. Ona nie wiedziała co się dzieje, a ja nie chciałem tego wyjaśniać. Interesowała mnie tylko gra. Nie chciałem dostrzec tych psujących się cały czas relacji, na początku bardziej przytłaczał mnie inny problem, czyli rosnące lawinowo długi. Długi, które nie pasowały do wyobrażenia, które miałem na swój temat. Faceta, który zna się na sporcie, jest fachowcem i wygrywa kasę, a nie ją traci. Tymczasem długi były coraz większe, przestałem wyrabiać się na zakrętach. Spłacam je zresztą do dzisiaj. Konsekwencją grania była też utrata zdrowia. W ostatnim okresie gry zrobiłem sobie badania, z których wynikało, że wiele parametrów mam poniżej normy. Bardzo się zaniedbałem, źle się odżywiałem – jadłem bardzo dużo słodyczy, spałem czasami tylko godzinę dziennie. Jeśli ktoś myśli, że hazard nie zabija, to się myli. Też jest szkodliwy dla organizmu jak alkohol czy narkotyki. 

Jak zaczęło się u ciebie uzależnienie od hazardu? Pamiętasz swój pierwszy raz? 

Bardzo dobrze. To był dzień kiedy po kłótni z partnerką odpaliłem komputer i zobaczyłem reklamę zakładów bukmacherskich. Z ciekawości wszedłem na stronę i zobaczyłem, że można obstawiać wyniki na żywo. Kilkanaście lat wcześniej, gdy po raz pierwszy obstawiłem zakład w punkcie bukmacherskim, nie było możliwości grania online. Dokładnie pamiętam ten przypływ energii i przekonanie, że to jest coś dla mnie, coś na co czekałem całe życie. Dokładnie tak wtedy myślałem. Naprawdę. 

Bo znasz się na sporcie, jesteś fachowcem w tej dziedzinie? 

Zawsze byłem kibicem i nagle znalazłem cudowną receptę jak wykorzystać swoją wiedzę, żeby rzucić pracę i zarabiać pieniądze dobrze się przy tym bawiąc. Żyć, nie umierać! Od razu założyłem sobie konto, przelałem pierwszą kwotę i nawet wtedy, w tej euforii, nie zauważyłem, że już tego samego dnia musiałem kilka razy zasilać konto, bo wszystko przegrałem. Chęć grania i fantazje o wielkich wygranych sprawiły, że nie dostrzegłem niebezpieczeństwa. To było dokładnie 25 września 2012 roku. 

Mamy 2021 rok, a ty od sześciu lat utrzymujesz abstynencję. Twoja historia grania nie jest szczególnie długa. 

Ale burzliwa. Grałem przez niecałe dwa lata, za to codziennie i intensywnie. Poświęcałem na granie bardzo dużo czasu, robiłem to kosztem rodziny, pracy zawodowej. Rosły długi i konsekwencje, chodziłem na jednodniowe urlopy tylko po to, żeby grać. Gdy byłem z synem, brałem go na plac zabaw i udawałem dobrego tatusia. Tak naprawdę chodziło tylko o to, żeby on się bawił i nie zawracał mi głowy, bo w tym czasie obstawiałem wyniki.  

Mógł spaść z huśtawki i zrobić sobie krzywdę, a ty być nawet nie zauważył.

Może nie aż tak, ale trudno było pilnować dzieciaka z nosem w telefonie. Kiedy bawiłem się z nim w pokoju, obok mnie zawsze leżał smartfon, a ja cały czas obstawiałem. 

Trochę udawałeś ojca?

Byłem obok, granie było ważniejsze od dziecka. 

Obstawiałeś tylko zakłady bukmacherskie? Inne rodzaje hazardu cię nie interesowały? 

Zdarzały mi się krótkie przerwy, gdy nie miałem pieniędzy na granie. Wtedy grałem w pokera, bingo albo ruletkę online ale bez obstawiania. Miałem też dwa doświadczenia z kasynem. Gdy kilkanaście lat temu rozwodziłem się z żoną, poszedłem do kasyna z kolegą, żeby zagłuszyć rozpacz. Wziąłem kasę i powiedziałem, że dzisiaj bawimy się do końca. Szło nam jednak dobrze i cały czas wygrywaliśmy. Po kilku godzinach kolega stwierdził, że wychodzimy z kasyna z wygranymi pieniędzmi. Wyszedłem z nim, ale czułem taki przypływ adrenaliny, że tej nocy w ogóle nie spałem. Gdyby nie kolega, zostałbym w tym kasynie dalej, bo nadal chciałem grać. Tydzień później wróciliśmy i przegrałem resztę pieniędzy, która mi została z tamtej wygranej. Do ruletki i pokera mnie jednak nie ciągnęło, bo uważałem, że to gry losowe, w których decyduje przypadek, a ja znam się przecież na sporcie, jestem fachowcem, więc muszę obstawiać wyniki w zakładach bukmacherskich. No i wygrywać.

Więc obstawiałeś. Jak szybko się uzależniłeś? 

Błyskawicznie. Zaczęło się od jednej karty kredytowej, potem była druga, później pożyczki od jednego kolegi, drugiego, trzeciego. Lekiem na całe zło miała być pożyczka konsolidacyjna. Wydawało mi się, że to świetny pomysł. Wypłata pożyczki była w piątek, a już w sobotę poszedłem do pracy, by grać i w kilka godzin przegrałem całą pożyczkę. Ostatnim etapem mojego grania były tak zwane chwilówki. Nie pamiętałem o tym, że wcześniej wszystkich przestrzegałem przed firmami, które proponują takie bandyckie pożyczki i ustalają zbójnickie procenty. Mądrzyłem się, że takie pożyczki biorą tylko analfabeci finansowi. I co? Sam zacząłem po nie sięgać. Chęć grania była tak wielka, że nie liczyły się koszty. W głowie miałem myśl, że szybko wygram wielką kasę i spłacę wszystkie długi. Doszło do tego, że wyciągnąłem synowi pieniądze ze skarbonki. To nie było dużo, kilkaset złotych, ale nie spodziewałem się, że upadnę tak nisko. 

Okradłeś własnego syna? 

Kiedy to robiłem nie miałem poczucia, że okradam Franka. Tłumaczyłem sobie, że pożyczam od niego te pieniądze, szybko wygram i oddam z nawiązką. Zabolało mnie dopiero, gdy moja partnera otworzyła skarbonkę i zobaczyła, że jest pusta. Wtedy palące poczucie wstydu było bardzo intensywne, nawet dziś pamiętam to uczucie. 

Co powiedziałeś?

Nie byłem w stanie wydusić z siebie słowa. Powiedziałem tylko, że oddam te pieniądze. 

Syn wie o tym, że go okradłeś? Rozmawiałeś z nim potem o tym?

Wie. Po kilku latach powiedziałem mu o tamtym wydarzeniu. Na szczęście nie pamiętał tego, miał pięć lat. Poinformowałem go, że jestem hazardzistą, że to choroba polegająca na tym, że zaczynam grać i nie mogę przestać. Przyznałem się do tego, że kiedyś wyciągnąłem mu pieniądze ze skarbonki. Opowiedziałem o leczeniu i pracy nad sobą, o tym, że chodzę na mitingi po to, żeby już więcej nie wrócić do uzależnienia i być dobrym ojcem, że te spotkania bardzo mi pomagają. 

Jak zareagował? 

Spytał tylko czy oddałem mu te pieniądze. 

Oddałeś?

Oczywiście. To była pierwsza moja spłata. Jak tylko złapałem pierwsze pieniądze od razu oddałem synowi wszystko. 

Trudna to była rozmowa? Długo się do niej zbierałeś?

Nawet nie było tak trudno, nie wiedziałem tylko, jaki moment wybrać. Powiedziałem mu o wszystkim gdy skończył dziesięć lat 

To było kolejne zalecenie terapeutyczne?

Nie. Sam chciałem tej rozmowy. Była dla mnie ważna, także dlatego, że chciałem z nim porozmawiać również o jego graniu w gry komputerowe. Nie podobało mi się, że za długo siedzi przed komputerem, łamie ustalone zasady dotyczące czasu spędzonego na graniu, wpada w złość, gdy zabraniam mu dalszego korzystania z komputera. Pokazałem mu na swoim przykładzie, że to może być niebezpieczne, że można stracić kontrolę. Wytłumaczyłem, dlaczego jestem na tym punkcie przewrażliwiony i reaguję tak, a nie inaczej. 

Przeprosiłeś syna za to, że go okradłeś?

Tak bezpośrednio to chyba nie. Pracuję teraz na Programie 12 Kroków, przede mną ósmy i dziewiąty krok czyli zadośćuczynienie. Chyba nadchodzi ten czas, gdy trzeba będzie powiedzieć przepraszam kilku osobom, które skrzywdziłem i prosić o wybaczenie.

Kiedy dotarło do ciebie, że coś jest nie tak z twoim graniem i musisz się ratować?

Po kolejnej przegranej wpadłem w rozpacz. Miałem ogromne wyrzuty sumienia i myśli samobójcze. Stwierdziłem, że muszę komuś o tym powiedzieć, przyznać się do wszystkiego.

Miałeś próbę samobójczą? 

Skończyło się tylko na myślach, nigdy nie targnąłem się na swoje życie. W przebłyskach świadomości, po kolejnych przegranych, gdy docierało do mnie, co robię i jak bardzo się zatracam w tym graniu, zaczynałem myśleć, że jedynym wyjściem będzie odebranie sobie życia. Nie dawałem sobie rady, było mi bardzo ciężko, wreszcie postanowiłem o tym powiedzieć życiowej partnerce. 

Przymusiły cię kłopoty finansowe czy poczucie winy? 

Jedno i drugie. Odsetki były tak wysokie, że nie wystarczało mi już na życie, dotarłem do ściany, a banki nie dawały kolejnych kredytów. Czułem się podle z tym wszystkim.  Zaprosiłem partnerkę do centrum handlowego i tam jej powiedziałem. Gdy wyznałem jak bardzo jestem zadłużony, była w szoku. Przez trzy dni nie mogła do siebie dojść. Stwierdziła, że mi pomoże i spłaci długi. Zagroziła, że jeśli znowu zagram, powie mojej rodzinie, a tego bałem się chyba najbardziej. Wytrzymałem w tym postanowieniu dwa i pół miesiąca. 

Twoja partnerka nie domyślała się, że grasz, niczego nie przeczuwała? 

Myślała, że jestem uzależniony od smartfonu. Ciągle siedziałem z nosem w telefonie, ale tłumaczyłem jej, że to z potrzeby informacji, że muszę być na bieżąco ze wszystkim, co się dzieje na świecie. Potem mi powiedziała, że wiele razy chciała wyrwać mi ten smartfon i rzucić o podłogę, bo w nim widziała całe nieszczęście. Byłem nieobecny, niedostępny. Kupiłem sobie nawet drugi smartfon, bo w jednym szybko zużywała się bateria. Jeden ładowałem, a grałem na drugim. Byłem jak w transie.

Co obstawiałeś?

Wszystko, właściwie grałem przez całą dobę. Na końcu nawet obstawiałem wyścigi psów i krykiet, o którym nie mam bladego pojęcia. 

Ten specjalista bazujący na wiedzy obstawiał wyścigi psów, o których nie miał pojęcia? Cały mit o twojej fachowości legł w gruzach.

Legł. Musiałem grać cały czas i od razu mieć wynik. Na koniec obstawiałem nawet kto zdobędzie pojedynczy punkt w meczu ping-ponga. Było mi już wszystko jedno co obstawiam, wiedza nie miała żadnego znaczenia. Jeden zakład dochodził już nawet do tysiąca złotych i trwał kilka sekund. To był obłęd, liczyła się tylko adrenalina. 

Wygrywałeś coś?

Czasami tak. Miałem nawet serię siedemnastu wygranych z rzędu. Co z tego, skoro za chwilę i tak wszystko przegrywałem. Za każdym razem powiększałem stawki i traciłem wszystko. Grałem do spodu.

Kupiłeś sobie coś za wygrane pieniądze, inwestowałeś je jakoś?

Nigdy. Nawet jeśli dzień kończyłem wygraną, to następnego dnia przepuszczałem wszystko. Tak się na przykład zdarzyło w urodziny partnerki. Byłem w szoku, że właśnie w taki dzień coś zatrybiło i wreszcie wygrałem. Następnego dnia z plusa szybko zrobił się jednak minus. 

A nie było ci wstyd, że w urodziny partnerki nie potrafiłeś się powstrzymać przed graniem?

Wtedy nie, teraz się tego wstydzę. 

Kiedy powiedziałeś jej prawdę o długach, poczułeś ulgę? Polały się łzy?

Ona się popłakała, ja poczułem wielką ulgę. Partnerka spłaciła moje długi, za chwilę dostałem dużą roczną premie, spłaciłem z niej kolejne kredyty. Poczułem, że wychodzę na prostą i wróciłem do grania. Chwilę przed urodzinami, stwierdziłem, że coś za wolno idzie mi ta spłata długów i trzeba to przyspieszyć. Pamiętam, że była ładna pogoda, koniec maja, wyszedłem z pracy do parku i tak zabawa zaczęła się od nowa. Nie poblokowałem sobie kart, nie zlikwidowałem konta, zostawiłem sobie wszystkie furtki otwarte. Grałem dalej. 

Przyznałeś się do grania, ale wtedy nie poszedłeś jeszcze ani na terapię, ani na miting?

Wróciłem do grania z podwójną siłą. Stawki poszły w górę, bo niskie zakłady nie dawały mi żadnej adrenaliny, żadnej radości. Partnerka czuła, że coś się dzieje, ale okłamywałem ją w najlepsze. Pamiętam, że kiedyś wypełniłem wniosek o chwilówkę w internecie jadąc pociągiem. Ona spytała mnie czy na pewno nie gram, a ja zapewniłem, że wszystko jest w porządku, wciskając przy tym przycisk „akceptuj warunki i wypłać pieniądze”.

Kiedy zacząłeś się leczyć? 

Dokładnie pamiętam tę datę. To było 10 września 2014 roku. W tym roztargnieniu zostawiłem jeden ze smartfonów w domu. Gdy wróciłem i zobaczyłem zapłakaną partnerkę, wszystko już wiedziałem. To był dla mnie najgorszy dzień. Wiesz czego najbardziej się wtedy bałem? Tego, że wyprowadzi się ode mnie z synem, że zostanę sam. Powiedziałem jej, że pójdę na miting. Ona rzuciła sugestię, że może bym poszedł na terapię, ale wtedy nie wiedziałem jeszcze co to takiego. Wiedziałem za to już, że jest coś takiego jak Wspólnota Anonimowych Hazardzistów i z tego strachu postanowiłem pójść na spotkanie. Zrobiłem sobie test, 20 pytań dotyczących uzależniania od hazardu. Na 19 pytań odpowiedziałem „tak”, po czym stwierdziłem, że jednak nie jestem hazardzistą. 

Jakim cudem, skoro już siedem pozytywnych odpowiedzi świadczy o uzależnieniu od hazardu?

Wiedziałem to, ale tłumaczyłem sobie, że nawet jeśli mam problem, to tylko w niewielkim stopniu. Jak będę chciał przestać grać, to przestanę. To była środa, a w piątek w centrum Warszawy przy ulicy Siennej jest miting. Poszedłem tam i tak zaczęło się moje trzeźwienie. Długo się wahałem czy pójść, bałem się. Byłem zdenerwowany, miałem masę wyrzutów sumienia, byłem smutny, zgarbiony, w moich oczach było widać, że jestem przegranym facetem. Na mitingu zobaczyłem dziwnych panów w różnym wieku, głównie starszych ode mnie. 

Ile miałeś wtedy lat?

41 lat. Opowiedziałem swoją historię, dostałem brawa, chyba lekko się wzruszyłem. Podczas przerwy podeszło do mnie kilka osób gratulując mi decyzji i mówiąc, że to najlepsze miejsce dla mnie. Usłyszałem, że można żyć bez grania, co wtedy było dla mnie utopią. Nie grałem raptem trzy dni. Raz, że nie miałem za co, dwa, że miałem wielkie poczucie winy i bałem się, że stracę syna.  

Kiedy trafiłeś na terapię?

Na mitingu usłyszałem o terapii i po drugim spotkaniu zadzwoniłem do poradni. Najbardziej mi się podobało, że terapia jest za darmo i nie muszę za nią płacić. Czekałem niecały miesiąc, podpisałem deklarację, wszedłem na grupę i zacząłem swoje nowe życie. Chodziłem na spotkania dwa razy w tygodniu przez prawie dwa lata. 

Tak długo? Nie miałeś chwil zwątpienia? Wystarczyło ci motywacji? 

Miałem, ale widziałem sens tej pracy. Zacząłem odkrywać rzeczy, z których nie zdawałem sobie sprawy, mechanizmy, które kierują tą chorobą. Dostałem zalecenia, co mam robić jako hazardzista, żeby nie wrócić do nałogu. Najtrudniejsze było dla mnie pisanie prac. One kosztowały mnie mnóstwo zdrowia. Było to dla mnie bolesne, bo do tej pory żyłem w swoim świecie marzeń i iluzji, a teraz musiałem stanąć twarzą w twarz z prawdą o sobie.  

Miałeś 42 lata i od nowa zacząłeś żyć. Związku z partnerką nie udało ci się uratować?

Nie udało. Na początku myślałem, że uda mi się odbudować ten związek, ale okazało się to niemożliwe. Rozstaliśmy się po jakimś czasie, ale pozostajemy w dobrych relacjach. Nie chcieliśmy, żeby dziecko dorastało w domu, w którym rodzice się nie kochają i żyją obok siebie. To była jedna z pierwszych świadomych decyzji w moim trzeźwym życiu. Skoro nie ma woli dwóch stron do wspólnego życia, to nie ma sensu tego na siłę ciągnąć. 

Twoje granie miało duży wpływ na rozpad waszego związku?

Bardzo duży. To były dwa lata niszczenia relacji. 

Obwiniasz partnerkę o swoje granie?

W żadnym wypadku. To nie była jej wina. Hazard był moją ucieczką od problemów. O tym dowiedziałem się później, bo grając nie zdawałem sobie z tego sprawy. Świat był inny niż sobie wyobrażałem, nie godziłem się z tym i uciekałem w granie. Robiłem jak dziecko, zamykałem oczy i udawałem, że mnie nie ma. 

Dzisiaj już wiesz, że nie grałeś dla pieniędzy?

Dzisiaj tak. Grając marzyłem o wielkiej wygranej, snułem plany, że zaproszę rodzinę i przyjaciół na wspaniałe wakacje, wynajmę samolot i wszystkich uszczęśliwię. Tak naprawdę przez dwa lata grania nie spotkałem się nawet raz z moimi przyjaciółmi, a wszystkie relacje się rozluźniły. Oszukiwałem siebie. To mi pokazało, że liczyło się dla mnie tylko granie, nawet mój syn nie był aż tak ważny. Wtedy mi się wydawało, że się nim opiekowałem. Na przykład podczas wieczornej kąpieli. Tylko, że w prawej ręce miałem gąbkę, a w lewej smartfona. To nie było normalne.

Teraz mieszkasz z synem?

Tak, ale Franek regularnie jeździ do mamy i przed dwa dni w tygodniu mieszka z nią. Jestem szczęśliwy, bo udaje nam się budować dobrą relację z synem. Z mamą Franka też mam dobry kontakt, dogadujemy się ze sobą. 

Jesteś teraz dobrym ojcem?

Staram się. Pewnie, że robię sporo błędów. Widzę to czasami po reakcjach mojego syna. Wychowywanie dzieci nie jest proste. Nie chcę być idealnym rodzicem, ale podstawowe zasady chcę mu wpoić. To trudne, widzę ile mnie kosztuje wyjście z mojego automatyzmu, staram się jednak nie krzyczeć, nie nakazywać, nie zmuszać Franka do niczego. Często razem spędzamy czas, biegamy, gramy w piłkę, oglądamy filmy.

Co robisz, żeby nie wrócić do grania? 

Na terapii dowiedziałem się, że uzależnienie jest chorobą do końca życia i uwierzyłem w to. Miting przynajmniej raz w tygodniu jest dla mnie obowiązkowy. Przychodzę na spotkania, żeby powiedzieć: „Mam na imię Wojtek, jestem hazardzistą” i przypomnieć sobie na jaką chorobę choruję. Te mitingi dają mi nadzieję, że wszystko idzie w dobrym kierunku, dają spokój i pogodę ducha.

Bliskie jest ci powiedzenie, że miting to tabletka na naszą chorobę?

Wiele razy się przekonałem o tym, że nieobecność na mitingu sprawia, że od razu inaczej się zachowuję, staję się nerwowy, szybciej się złoszczę, a moje relacje z bliskimi są gorsze. Wtedy pomaga mi rozmowa, nawet telefoniczna, z innym hazardzistą. Mitingi to podstawa, fundament mojego trzeźwienia, ale to nie wszystko. Staram się uczestniczyć w różnych programach rozwoju osobistego, kursach, warsztatach przeznaczonych dla osób uzależnionych. Pracuję nad poczuciem własnej wartości, wstydem, radzeniem sobie ze złością, uczę się relaksacji i wychowania dzieci, co trzeba robić, żeby być lepszym ojcem. Sporo jest tego, ale czuję, że mam wiele braków i mam nad czym pracować. To efekt wielu negatywnych doświadczeń, które przenosiłem na syna ze swojego dzieciństwa. 

Jesteś też sponsorem, czyli kimś w rodzaju przewodnika duchowego dla osób, które dopiero zaczynają się leczyć. Niesiesz posłanie innym trzeźwiejącym hazardzistom? 

Na początku to do mnie ktoś wyciągnął pomocną dłoń. Znalazłem sobie sponsora, czyli przewodnika po Programie 12 Kroków. Dużo mi ta praca dała, pokazała jakie mam wady, że nie słucham innych, jestem pyszny i najmądrzejszy na świecie. Na terapii dowiedziałem się, że moim największym przeciwnikiem jest moja głowa, że jak przestanę słuchać siebie, a zacznę słuchać innych, to jest szansa, że będzie lepiej. Wiele razy się o tym przekonałem. Potem zostałem poproszony o sponsorowanie i chętnie się tego podjąłem.

Masz na to czas, chce ci się?

Chce mi się, bo wiem, że opiekując się kolejnym hazardzistą spłacam dług wdzięczności, który zaciągnąłem od innych uzależnionych osób. To pożytecznie spędzony czas. Ta praca daje mi satysfakcję, a przerabiając z podopiecznymi Program, sam sobie przypominam kolejne kroki. 

Mówimy cały czas o Programie 12 Kroków dla osób uzależnionych. Jak rozumiesz ten Program?

W 12 krokach jest spisany Program Anonimowych Hazardzistów, czyli taki przewodnik co robić, żeby po pierwsze nie wracać do gry, a po drugie stać się lepszym człowiekiem. 

Czyli uczymy się godnie i fajnie żyć? 

Fajnie żyć i zmienić swoje nastawianie do otaczającego nas świata. Już pierwszy krok jest dla mnie rewolucją, bo mówi o tym, że to nie ja kieruję swoim życiem, że jestem bezsilny wobec hazardu i nigdy z nim nie wygram. Zawsze myślałem, że jestem w stanie wszystko zrobić, wiele osiągnąć, jeśli tylko będę chciał. Jestem, ale w Programie jest napisane, że jest siła większa od nas samych, która tym wszystkim kieruje i nie wszystko zależy ode mnie. To mi pomogło przestawić myślenie na inne tory. Przerabiam ten Program powoli, ale on jest na całe życie i nie ma się gdzie spieszyć. Pomaga mi, żeby być lepszym człowiekiem. 

Wróćmy do twojej kartki. Po prawej stronie wpisałeś plusy z trzeźwego życia. Spełnia się to wszystko?  

Spełnia. Może powiem o długach. Cały czas je mam. Na mitingu usłyszałem, że im większe hazardzista ma długi, im dłużej je spłaca, tym lepiej. Wiem, że brzmi to dziwne, ale tak jest. Po pierwsze cały czas pamiętamy o konsekwencjach swojego grania, po drugie im dłużej spłacamy zobowiązania, tym dłużej pamiętamy o bolesnych konsekwencjach. Pewnie, że mógłbym całe zadłużenie już dawno spłacić, ale nauczyłem się, że trzeba żyć dniem dzisiejszym. Jeżeli mam do wyboru spłacenie dodatkowej raty albo wyjazd z synem na wakacje, wybieram to drugie. Żyję dniem dzisiejszym, bo tylko dzisiaj mam możliwość dania dziecku tego, co najważniejsze, czyli swojego czasu i zainteresowania. 

Ale to nie znaczy chyba, że uchylasz się od spłaty długów? 

W żadnym wypadku! Spłacam je systematycznie i zgodnie z planem. Wywiązuję się ze wszystkich zobowiązań, bo staram się być odpowiedzialny facetem. Nie odmawiam jednak sobie i bliskim przyjemności. Nawet byłej partnerce oddałem więcej niż mi pożyczyła. Uznałem jednak, że to mój obowiązek, żeby choćby w małej części zadośćuczynić jej za to, co przeszła ze mną. 

Co tam jeszcze było po prawej stronie? 

Poprawienie relacji z synem, ale o tym już mówiłem. Poza tym szansa dzielenia się z innymi swoim doświadczeniem, pomaganie innym trzeźwiejącym hazardzistom. Odzyskuję także zaufanie bliskich. To też jest bardzo ważne. Doświadczyłem już w swoim życiu utraty zaufania. Nie odzyskałem go od razu, ale powoli ludzie zaczęli dostrzegać, że nie kłamię, nie oszukuję, że stałem się innym człowiekiem. 

Powiedziałeś, że najbardziej bałeś się tego, że o twoim uzależnieniu dowiedzą się rodzice. Dowiedzieli się? 

Kiedy zakończyłem terapię, byłem gotowy, żeby im powiedzieć. Wytłumaczyłem im co się ze mną działo, co złego robiłem i że teraz się leczę i nie gram. Najbardziej zmartwiły ich długi. Poprosili mnie, żebym dał im listę wierzycieli i obiecali, że wszystko spłacą. Pewnie było im wstyd, że syn jest hazardzistą. 

Chcieli ci pomóc spłacając długi? To najgorsze, co w takiej sytuacji może zrobić rodzina. 

Właśnie. Byłem już po terapii, przygotowałem się do tej rozmowy. Powiedziałem im, że to ja narobiłem długów i ja muszę je spłacić. Do tej pory tego nie rozumieją, cały czas pytają też po co chodzę na mitingi skoro nie gram. 

Co im odpowiadasz? 

Że to choroba do końca życia. I że biorę tabletkę, o której rozmawialiśmy.  

Trudne masz relacje z rodzicami?

Powoli staram się je odbudowywać, ale nie zamierzam mamy i taty naprawiać, ani ich pouczać, choć pokusa jest silna – to jest w końcu mój automatyzm. Staram się zrozumieć swoje reakcje i zachowania, pojąć czemu w relacjach z nimi zachowuję się tak, a nie inaczej. Pracuję nad tym.

Żałujesz tych dwóch zmarnowanych lat życia, kiedy grałeś?

Nie żałuję. Jestem dzisiaj w takim miejscu swojego życia, o którym jeszcze kilka lat temu bym nawet nie marzył. Odbudowałem relację z synem, zakochałem się w kobiecie, jestem trzeźwy. Mam świadomość tego, co było, tego co mogę zrobić i tego, co osiągnąłem. Nie żałuję niczego. Taka widocznie musiała być moja droga.

Musiałeś osiągnąć dno, żeby się podnieść i zacząć zmieniać swoje życie?

Dokładnie tak. Osiągnąłem dno, którego wtedy nawet nie widziałem. To dla mnie fascynujące, że można żyć przez 41 lat na tym świecie i być tak oderwanym od rzeczywistości. 

A teraz kiedy już twardo stąpasz po ziemi, jesteś szczęśliwym hazardzistą?

Pewnie, że tak. Trzeba w to jednak włożyć sporo wysiłku i pracy. Ale nie jestem sam, mam wsparcie przyjaciół ze Wspólnoty AH, specjalistów. Na szczęście są mitingi, na których uczę się słuchać innych. Cały czas tego nie umiem, ale wszystko przede mną. 

Tobie się udało, ale jest wielu cierpiących, wciąż grających hazardzistów. Co byś powiedział takiemu chłopakowi czy mężczyźnie siedzącemu z nosem w smartfonie i obstawiającemu wyniki w zakładach bukmacherskich? 

Nie jestem mu w stanie nic powiedzieć, jeśli siedzi z nosem w smartfonie. Nie usłyszy mnie. Musi osiągnąć swoje dno i chcieć coś zmienić.

A jeśli już odrzucił ten smartfon i chce przestać grać?

Jestem gotowy mu pomóc, wyciągam do niego rękę. Jeśli chce pomocy i zaczyna słuchać, jak ja kiedyś, to są terapie, mitingi, inny trzeźwi hazardziści. Można dobrze żyć bez grania. Naprawdę. Ja to wiem.  

Fajne jest to życie bez grania? 

Bardzo fajne. Bardzo mi się podoba. Gdybym grał, nie miałbym ani czasu, ani ochoty, żeby pójść z tobą na spacer do Kampinosu i pogadać o ważnych rzeczach. Siedziałbym z nosem w smartfonie i marnował swoje życie, a przecież ono jest takie fajne.    

O ile jeszcze byś żył. Wielu naszych przyjaciół przypłaciło tę chorobę śmiercią.

No właśnie, o ile jeszcze bym żył. 

Dodaj komentarz