Wywiad: Bilecik z kasyna z napisem „ostatni raz”

– Chcę wreszcie żyć normalnie, nie oszukiwać nikogo, nie kombinować, nie cierpieć. Zawsze się bałem, uciekałem. Teraz chciałbym inaczej – mówi Janusz, hazardzista, który postanowił pojechać na terapię do ośrodka uzależnień. 

Z Januszem spotkaliśmy się dzień przed jego wyjazdem na terapię. Specjalnie przyleciał ze Szwajcarii, gdzie na stałe mieszka z rodziną. Był grudzień, kilkanaście dni przed Świętami Bożego Narodzenia. Miał je spędzić w ośrodku, gdzieś w Wielkopolsce. Nie wyglądał jednak na zmartwionego z tego powodu, wręcz przeciwnie sprawiał wrażenie zdeterminowanego, wręcz zafascynowanego czekającym go leczeniem. Chętnie zgodził się na wywiad.  

Skąd w tobie tyle determinacji, że święta Bożego Narodzenia postanowiłeś spędzić w ośrodku leczenia uzależnień?

Chciałem po prostu jak najszybciej jechać na terapię. Uznałem, że nie mam ani chwili do stracenia. Od początku lipca 2021 roku chodzę na mitingi i bardzo mi to pomaga, ale wiem, że to nie wystarczy. Od trzeźwych hazardzistów usłyszałem, że muszę działać. Żeby wstać i iść do przodu, potrzebuję dwóch nóg. Mitingi to jedna noga, drugą jest terapia. Postanowiłem wstać i działać. Zapisałem się na grupę wsparcia działającą w Warszawie w Stowarzyszeniu „Nie gram”, a prowadzący kazał mi napisać po lewej stronie kartki argumenty przeciwko terapii, a po prawej korzyści, które może mi dać leczenie w ośrodku. 

I co ci wyszło?    

Że ta druga rubryka z korzyściami jest znacznie dłuższa. Po lewej stronie wpisałem rzeczy, które sprawiały mi największe trudności. Przede wszystkim to, że muszę powiedzieć w pracy o swoich problemach, dostać od szefa zwolnienie lub wziąć urlop. Że czekają mnie rozmowy z żoną, dziećmi, mamą i teściową. Terapia w moim przypadku to spore koszty, bo nie jestem w Polsce ubezpieczony. Od lat mieszkam w Szwajcarii, a tam leczenie jest koszmarnie drogie. 

Co znalazło się po prawej stronie z korzyściami? 

To, że chcę być zdrowy i poukładać na nowo wszystkie klocki w swoim życiu. Chcę być dobrym mężem, synem, ojcem i zięciem. Pragnę odzyskać zaufanie żony, spłacić długi i być przewidywalny finansowo. Piotr, który prowadzi grupę wsparcia, powiedział mi, żebym zabrał tę karteczkę ze sobą i codziennie ją sobie czytał, ewentualnie coś do niej dopisywał. Już po drugim dniu podjąłem decyzję. Postanowiłem, że idę na terapię. 

Szybko. Nie miałeś żadnych wątpliwości, nie szukałeś wymówek?

W tym jednym momencie przestałem się wahać. Było ze mną trochę jak ze skoczkiem narciarskim. Gdy staje na progu, wszystko musi zagrać. Jeśli jedna z dwudziestu rzeczy nie wypali, to osiągnie słaby wynik, nie poleci za daleko. W moje głowie też wszystko musiało się poukładać w całość. W tamtej chwili zaskoczyła klapka i już wiedziałem, że pojadę na terapię. Pomogły mi mitingi i rozmowy z innymi hazardzistami, którzy już wcześniej byli na terapii i od kliku lat są trzeźwi. Teraz fajnie im się żyje, ale mówili, że terapia była kluczem do wszystkiego. Ja wolno dojrzewałem do tej decyzji, aż nagle w jednej chwili byłem pewny, że bez dyskusji muszę jechać na terapię. No i jutro zaczynam.  

I po co ci ta terapia? Czego się po niej spodziewasz?

Jadę tam, bo chcę normalnie żyć. Skoro jestem chory, to muszę się leczyć. Proste? Proste! Rozmawiałem na ten temat z prowadzącym grupę wsparcia. Spytał, czy uznaję się za chorą osobę. Przyznałem, że tak. „Gdyby twój kolega był chory, co byś mu poradził?” – dopytywał dalej. „No, żeby się leczył” – odparłem. Łatwo jest radzić innym, gorzej samemu podjąć decyzję, ale w końcu musiałem przyznać, że skoro jestem chory, to muszę się leczyć. Argumenty z prawej strony przeważyły, bo plusów jest dużo więcej. Wysłuchałem też rozmowy Tomasza Sekielskiego z Krzysztofem Dowgirdem. Byłem pod wrażeniem tego, jak ten trzeźwy od wielu lat alkoholik mówił o sobie i o swoim wychodzeniu z nałogu. 

Nie masz żadnych wątpliwości? Nie pojawiają się z tyłu głowy myśli: Po co będę szedł na terapię, dam sobie radę sam? Nie jest ze mną tak źle, jak z tymi, którzy wszystko już przegrali. 

Nie mam wątpliwości. Ja nie negowałem tego, że jestem chory. Po prostu nie byłem zdecydowany na terapię. Myślałem, że może kiedyś pójdę się leczyć, ale jeszcze nie dzisiaj. Na szczęście dojrzałem do tej decyzji.  

Jak to było z informowaniem bliskich oraz pracodawcy o uzależnieniu i wyjeździe na terapię? Tak strasznie, jak myślałeś? 

Właśnie nie! To, co miało być takie trudne, okazało się bardzo łatwe. Najbardziej się denerwowałem rozmową z szefem. Miała się odbyć w piątek, ale na szczęście została przełożona na środę. Nie miałem czasu się zestresować, odeszły mi dwa pełne nwrwów dni. Powiedziałem mu, że mam problem z hazardem, że próbowałem sobie z tym poradzić na własną rękę, ale się nie udało, że teraz chodzę na mitingi i raz w tygodniu spotykam się z psychologiem, ale potrzebuję terapii. Mam fajnego szefa, przyjął to ze zrozumieniem. 

Bardzo bałeś się tej rozmowy?

Bałem się, ale wszystko poszło dobrze. Szef pogratulował mi, że do niego z tym przyszedłem i powiedział, że musi się skonsultować z działem personalnym i szefem firmy. Ostatecznie dostałem sześć tygodni urlopu. Nawet czas na wyjazd jest optymalny, bo w okresie świąteczno-noworocznym firma jest przez dwa tygodnie  zamknięta, a w styczniu niewiele się dzieje. O moim wyjeździe wiedzą mój szef, prezes firmy i kierowniczka działu personalnego. 

Wcześniej nie miałeś w pracy problemów związanych z hazardem? Nie kradłeś pieniędzy?

Dużo złych rzeczy zrobiłem, ale w stosunku do firmy byłem w porządku. Nie okradłem firmy. 

Masz też chyba jeszcze jakieś pieniądze, skoro płacisz za terapię. To rzadki przypadek – hazardzista przed terapią z kasą na koncie. 

Na szczęście nie przegrałem wszystkiego. Oddałem żonie karty, dostępy do konta i uratowałem część pieniędzy. Dobrze się z tym czuję, nic mnie teraz nie kusi. 

Nie szkoda ci tej kasy, którą musisz wydać na terapię? Hazardziści to sknery, które wszystkiego sobie odmawiają, bo muszą mieć pieniądze na granie. 

W sumie to nigdy nie grałem po to, żeby wygrać. A gdy już przegrałem, nie chciałem za wszelką cenę się odegrać. Nigdy tak nie robiłem. Grałem dla samego grania, dla adrenaliny. 

Nie powiesz mi chyba, że miałeś kontrolę nad grą? 

W żadnym wypadku! Wiele razy przegrywałem więcej niż sobie postanowiłem, nie miałem nad tym kontroli. Ale zdobycie pieniędzy nie było dla mnie celem samym w sobie. Ucieczka, adrenalina, emocje. To o to chodziło.

Przed czym uciekałeś? 

Nie wiem, bo nie jestem takim typem, który analizuje swoje zachowania. Mam problem z uczuciami, nazywaniem ich i okazywaniem. Mam ścisły umysł i podchodzę do wszystkiego analitycznie.  Moja żona lubi drążyć, ja tego nie lubię. Na pewno chcę nauczyć się słuchać ludzi i wyrażać swoje emocje. Chcę wreszcie żyć normalnie, nie oszukiwać nikogo, nie kombinować. Nie pamiętam kiedy ostatnio normalnie żyłem. Grałem od wielu lat, prawie trzydziestu. Zawsze się bałem, uciekałem. Teraz chciałbym inaczej.  

Chciałbyś spojrzeć sobie w oczy przed lustrem bez wstydu i nie mieć poczucia winy?

Dokładnie tak i prowadzić fajnie życie bez grania i picia. Na dzisiaj nie piję 20 dni i jestem z tego bardzo dumny. 

I słusznie. A jak długo nie grasz? 

Ponad dwa miesiące. 

Co powiedziałeś kolegom z pracy? 

Że jadę na terapię do Polski na sześć tygodni. I dodałem, że tylko tyle mogę im powiedzieć. 

Nie mówiłeś co to za terapia? 

Nie. Powiedziałem tylko, że terapia jest mi potrzebna i na pewno wrócę w dobrej formie. Co ciekawe, powrót wypadnie w 19. urodziny córki. 

No właśnie, to opowiedz jak informowałeś członków rodziny.

Dawkowałem sobie te rozmowy. Zacząłem od dzieci.

Jak przyjęły twoje słowa?

Mam 19-letnią córkę i 16-letniego syna. Syn jest skryty, nie mówił za dużo, musiał wszystko w spokoju przetrawić. Córka powiedziała: „Tato, fajnie, że wreszcie coś ze sobą robisz”. Przecież one widziały, co się dzieje, że piję alkohol, gram, jestem nieobecny w życiu rodziny. Cierpiały z tego powodu. Powiedziałem im o mitingach, spotkaniach z panią psycholog i że chcę pojechać na terapię. 

Z rodzicami też rozmawiałeś?

Rozmawiałem telefonicznie z mamą i teściową, bo obie mieszkają w Polsce. Martwią się, ale jednocześnie cieszą, że postanowiłem coś zrobić z tym problemem. Wszyscy mi pogratulowali. Teraz widzę, że wszędzie mam wsparcie. W firmie, w domu w Szwajcarii, w domu w Polsce. 

To powiedz mi, co takiego wydarzyło się w twoim życiu, że wreszcie po wielu latach grania i picia, skierowałeś kroki do specjalisty i poprosiłeś o pomoc?

Zacząłem od psychologa, ale wtedy nie byłem jeszcze przekonany, że jestem uzależniony, że potrzebuję pomocy. Poszedłem do niego, żeby lepiej się poczuć, bo czułem się źle. 

A kiedy poczułeś, że jesteś hazardzistą? Gdy przegrałeś po raz kolejny całą kasę? A może to żona ci powiedziała, że nie chce z tobą żyć. Może ktoś inny dawał ci sygnały?

Żona chciała, żebym zaczął coś z sobą robić. Widziała, że coś jest nie tak, choć oczywiście utrzymywałem swoje granie w tajemnicy. Udawałem, że pracuję, a jeździłem grać. Próbowałem przestać, ale zawsze do tego wracałem. W desperacji zablokowałem sobie wejście do wszystkich kasyn w Szwajcarii na pięć lat. I co z tego?  Przecież nie miałem daleko do niemieckiej granicy, a tam wstępu do kasyn zablokowanych nie miałem. 

My hazardziści jesteśmy zaradni, jak chcemy grać, to zawsze sobie poradzimy. Prawda?

Ano właśnie. Gdy znudziły mi się kasyna, to zacząłem się bawić w zdrapki. Jeśli komuś się wydaje, że na tym nie można stracić dużych pieniędzy, to jest w błędzie. Naprawdę można dużo kasy wtopić na zdrapkach. 

Dużo tych zdrapek kupowałeś?

Bardzo dużo. Po dwadzieścia, trzydzieści.  Co więcej, doszedłem do wniosku, że nie muszę nawet zdrapywać, szkoda było mi na to czasu. Dawałem zdrapki pani w punkcie, która skanowała kod i już było wiadomo, czy wygrałem czy nie. Szybko kupowałem, szybko przegrywałem. Miałem cały czas dostęp do pieniędzy. Teraz już nie mam, ale dopóki człowiek ma pieniądze i chorą głowę, zawsze coś znajdzie. Kreatywność hazardzisty jest wielka. Mam nadzieję, że po terapii ta kreatywność mi zostanie, ale spożytkuję ją na coś dobrego. 

Chciałbym uchwycić ten moment w twoim życiu, gdy powiedziałeś, że masz dość, że więcej nie będziesz grał. Było takie wydarzenie, czy to raczej był u ciebie proces?

Był jeden taki moment. Pojechałem do kasyna w Niemczech i pierwszy raz nie chciało mi się grać. Poczułem jakieś obrzydzenie to tego, co robię. Siedziałem w kasynie i nie cieszyłem się, że tam jestem. Robiłem to, co zawsze, piłem piwo i siedziałem przy maszynie, ale nie było tej ekscytacji, radości. Przegrałem i byłem tym zdołowany, zniesmaczony. Wziąłem bilecik z kasyna, taki jaki zawsze wręczają przy wejściu. Zawsze go wyrzucałem, żeby żona nie wiedziała, że grałem. Teraz go jednak wziąłem ze sobą. Na bileciku napisałem tylko dwa słowa „ostatni raz”. Przyznałem się żonie, że nie dałem rady, że znowu pojechałem do kasyna, przegrałem tyle i tyle kasy. Powiedziałem, że już nie chcę grać, chcę z tym coś zrobić. Zacząłem szukać mitingu. Są w Szwajcarii, ale po niemiecku nie mówię perfekcyjnie, wolałem więc polski. Na szczęście są mitingi online. Znalazłem grupę „Dobry początek”, na której się poznaliśmy i od tego czasu nie opuściłem żadnego mitingu. Teraz opuszczę sześć, ale chyba jestem usprawiedliwiony? 

Ten bilecik to było twoje symboliczne pożegnanie z hazardem? 

Tak to czułem. Zawsze przegrywałem i to się nie zmieniło, ale tym razem było inaczej. Poczułem, że mam dość. Niby nic dookoła się nie różniło, ale w mojej głowie było jakoś inaczej. 

A jak długo uprawiałeś hazard? 

Bardzo długo. Zacząłem w liceum, gdy miałem 19 lat. To będzie już prawie trzydzieści lat. Kolega zaprowadził mnie do salonu gier w Sopocie i tak to się zaczęło. Początkowo to była niewinna zabawa na małe kwoty, potem rozwinęło się w uzależnienie. Grałem w Polsce, potem po przeprowadzce do Szwajcarii kontynuowałem grę. To było chore, bo żyłem od grania do grania. Nawet jak nie siedziałem w kasynie, to tym żyłem. Odliczałem nerwowo czas do kolejnej gry, czekałem na ten wyjazd. To straszne. 

Wpadałeś w ciągi? 

Wpadałem. Największe kasyno w Szwajcarii było po drodze między dworcem a moją pracą i kiedyś chodziłem tam właściwie codziennie. 

A co mówiłeś żonie?

Że mam dodatkową pracę. Na granie przeznaczałem też urlopy czy krótkie wypady do Polski. Przyjeżdżałem do kraju, spotykałem się z kolegą i cały czas graliśmy i piliśmy. 

Liczyłeś kiedyś, ile przegrałeś pieniędzy?

Nie.

Na terapii będziesz musiał.

Jakoś może dojdę do tej kwoty. Nie chcę teraz strzelać, ale sporo tego było.

Pieniądze to była najbardziej bolesna konsekwencja, czy jednak inne rzeczy bardziej ci doskwierały? Utrata zaufania, kłótnie w domu, zepsute relacje z bliskimi, wstyd, poczucie winy?

Pieniądze i żona. To mnie najbardziej docisnęło. Przecież gdybym nie przegrał tych pieniędzy, mógłbym mieć świetne wakacje z żoną i dziećmi. I to nie raz, nie dwa, ale kilkanaście lat z rzędu. Tego nie ma, to jest już stracone, podobnie jak czas, który poświęcałem na granie. Nie odzyskam już ani jednego, ani drugiego. 

Boisz się terapii? Czujesz lęk przed tym, co cię tam czeka?

Nie. W ogóle

Naprawdę nie masz żadnych obaw, wątpliwości? Ja kiedy 17 lat temu jechałem na terapię byłem ciężko przestraszony. W głowie kłębiło mi się tysiąc myśli i obaw. I broniłem się przed tym wyjazdem rękami i nogami. 

Na pewno będę musiał dużo pisać, a nie jestem w tym dobry. Tego się trochę obawiam. 

A tęsknoty za rodziną? Przez sześć tygodni nie będziesz widział żony i dzieciaków.

To długo, ale myślę, że te sześć tygodni szybko mi minie. 

Nie masz obaw, że dowiesz się o sobie czegoś, czego nie chciałbyś się dowiedzieć? 

Też nie. Jadę po to, żeby poznać siebie i dowiedzieć jak najwięcej o swoim uzależnieniu. Dlaczego gram. Nigdy nad sobą nie pracowałem. To będzie pierwszy raz. 

A te święta na „wygnaniu”? 

Moja mama się martwi, że nie będzie mnie w święta. Wytłumaczyłem jej, że to dla mojego dobra. Mojego i rodziny. Nie było co zwlekać. 

Widzę, że bardzo jesteś zdeterminowany, dużo w tobie optymizmu. 

Musiałem trochę czekać na ten wyjazd, ale w sumie nie tak długo. Udało się w miarę szybko załatwić miejsce i jadę. Chcę zdrowieć. Od 20 dni nie piję. O znowu się tym chwalę. Gdy podjąłem decyzję o wyjeździe na terapię, odstawiłem też alkohol. Jedno z drugim nie idzie w parze. Mamy przyjaciół w Szwajcarii, spotkaliśmy się z nimi przed wyjazdem. Oni pili wino, a ja wodę. Nie było problemu. 

Nie było tekstów typu: „Stary przestań, jaki z ciebie alkoholik, napij się trochę”. Albo „kto nie pije ten kabluje”. 

Nie, spotkałem się z dużym zrozumieniem. Życzyli mi powodzenia, nawet dzisiaj mi napisali motywującą wiadomość. 

W Szwajcarii łatwo jest się leczyć z uzależnienia od hazardu? 

Jest to bardzo drogie. Gdy szukałem ośrodków w internecie, wyskoczyły mi same luksusowe, jakieś pałace. Pewnie cena jednego dnia jest tam większa niż w Polsce zapłacę za sześć tygodni leczenia. Poza tym chciałem odbyć terapię w Polsce ze względu na język. Po polsku lepiej będę mógł wyrazić co czuję

Masz długi do spłacenia?

Jak każdy hazardzista. Mam plan, żeby spłacić je w dwa lata, może szybciej. Już zacząłem. Poukładaliśmy z żoną to wszystko. Chciałem też zachęcić żonę, żeby poszła na miting online dla współuzależnionych, ale nie chciała. Powiedziała, że nie zamierza słuchać o problemach innych ludzi. Boi się, że to by ją jeszcze bardziej dołowało. Mówiłem jej, żeby spróbowała, posłuchała, że nie musi się odzywać, ale nie przekonałem jej. 

Nie masz na to wpływu. Może jak zobaczy, że tobie terapia pomogła, sama czegoś dla siebie poszuka. A ty skończysz tę terapię?

Na pewno. Nie ma innej opcji. Wyjdę odnowiony.

Jestem zbudowany twoją postawą i motywacją. Możemy umówić się na wywiad po twoim powrocie? Opowiesz jak było? 

Jasne. Jesteśmy umówieni.   

Rozmawiał Kamil trzeźwy hazardzista