Kategorie
Bez kategorii

Wywiad: Zawsze Można Zwiać

 

Zawsze można zwiać

Rozmowa z Asią hazardzistką z 18 letnią abstynencją od gry

– Niedawno obchodziłaś 18. rocznicę abstynencji od gry. Podczas mitingu usłyszałaś bardzo dużo ciepłych, dobrych i serdecznych słów. Od ludzi z pewnym stażem abstynenckim i od tych, którzy nie grają od kilku, czy kilkunastu dni, od kobiet i mężczyzn, od starszych wiekiem i bardzo młodych. Co czułaś słuchając tych wypowiedzi?

–  To był dla mnie przemiły wieczór, czułam się szczęśliwa, że ludzie odbierają mnie jako osobę otwartą, bezpretensjonalną, ciepłą, chętną do pomocy. Czułam też satysfakcję, bo 18 lat niegrania – to jest z jednej strony powód do dumy i zadowolenia, a z drugiej – mam poczucie, że ja tych lat nie zmarnowałam, że wciąż sama się rozwijam i pomagam rozwijać się innym. Choć musze przyznać, że byłam nieco zaskoczona, kiedy powiedziano o mnie, że jestem jednym z filarów Wspólnoty AH, bo wydaje mi się, że wciąż za mało robię. Ale muszę koniecznie powiedzieć, że na początku swej drogi do zdrowienia nie potrafiłam przyjmować ciepłych słów pod swoim adresem. Wydawało mi się, że wypowiadający je chce zażartować ze mnie, zakpić, zranić. Od razu musiałam to w swoim stylu „odbić”.

– A propos. Przypomnę jeden z Twoich wpisów na forum internetowym z 30.01.2006: – Zdecydowanie źle się czuję na tych mitingach rocznicowych. Swoją rocznicę niegrania świętowałam chyba raz, pamiętam tort i życzenia oraz fakt znajdowania się w centrum uwagi. A to już nie moja bajka. Kiedy grałam to byłam gwiazdą wszystkich przyjęć, brylowałam w każdym towarzystwie. Błazenada jak ta lala. I kiedy zaczęłam trzeźwieć, zobaczyłam siebie i swoją śmieszność. Pamiętam też „zarzuty” moich znajomych w stylu: a tobie, co? co się dzieje z Asią? ” itp. A ja tylko się wyciszyłam, zaczęłam być po prostu sobą, nie małpowałam. No i tak mi zostało, nie obchodzę imienin, urodzin ani innych tam okazji. Źle się czuję z przyjmowaniem życzeniem. Posunęło mi się to nawet dalej, bo składać też nie lubię. Ja nawet wiem, co to zwyczaj, normy społeczne, tradycja. Ale tylko wiem…
Tak sobie chciałam to napisać, bo jednak nieklawo się z tym czuję.

– Ten fragment potwierdza, że nie umiałam przyjmować życzeń i komplementów, nie potrafiłam odnajdywać się w atmosferze święta.  Przebyłam długą drogę, żeby dojrzeć do tego, co jest dzisiaj, żeby się tego nie bać, racjonalnie i adekwatnie reagować. Dziś wiem i czuję, co to zwyczaj, normy społeczne, tradycja. Ale to wymagało pracy nad sobą i…wciąż jeszcze wymaga. To pokazuje moją zmianę w odbiorze różnych zdarzeń, sytuacji, wydarzeń. W procesie zdrowienia ważna jest szczerość – tak czułam i rozumiałam dziesięć lat temu, a dzisiaj inaczej.  

– Filar Wspólnoty AH pasuje do Ciebie jak ulał! Po pierwsze niewielu hazardzistów może pochwalić się taką abstynencją, a po drugie – przychodzisz na mitingi, jesteś bardzo aktywna na forum internetowym, działasz w Stowarzyszeniu Promocji Zdrowego Życia w Abstynencji od Gry. Dla mnie każda Twoja wypowiedź jest ważna, nawet krytyczna, jak to się ostatnio zdarzyło. I nie ma w Tobie nic z autokraty, co to zawsze wie najlepiej. Dzięki Bogu, że wciąż chce Ci się pomagać!

– Pomoc drugiemu człowiekowi to immanentna cecha mojego charakteru. Bardzo lubię pomagać, ja wyniosłam to z domu rodzinnego, w którym moi rodzice i dziadkowie też pomagali poza pracą zawodową.  Zawodowo też się zajmowałam się organizacją pomocy, jako pracownik socjalny. Sprawia mi to ogromną frajdę, to jest moja pasja i powołanie. Dla wyjaśnienia – spotkałam się z taką opinią, która mówi, że pomagając innym – załatwiamy coś sobie, niwelujemy jakiś deficyt. Ja pomagając niczego sobie nie załatwiam! Robię to, bo czuję, że powinnam coś robić dla innych, że życie nie polega tylko na gromadzeniu dóbr i dbaniu o tzw. święty spokój. Życie to drugi człowiek.

– Jestem na początku swej drogi trzeźwienia, nie gram od dwóch lat. Ciekawi mnie, co dla Ciebie było największym wyzwaniem w pierwszym okresie abstynencji?

– Moim największym wrogiem był wówczas czas. Nijak nie umiałam sobie go zagospodarować. Zrobiło mi się nagle go tyle, jak chyba nigdy wcześniej w życiu. Chodziłam do pracy, niby wszystko normalnie – ale czasu miałam w niezdrowym nadmiarze. Dziś wiem, że bez mitingów, bez spotkań z innymi uzależnionymi, bez chęci zdobywania wiedzy o chorobie i bez chęci poznania samej siebie nie umiałabym przetrwać. I na to właśnie przede wszystkim poświęcałam swój czas. Mitingi dwa razy w tygodniu, codziennie spotkania z innymi uzależnionymi, terapia indywidualna plus lektura, to właśnie mi pomogło. W końcu udało mi się poradzić z czasem i powstał kolejny „nadmiar”, pozornie zupełnie paradoksalny – nadmiar pieniędzy.
Oczywiście, że miałam długi, ale jakoś Pan Bóg mnie uchował przed rychłym ich spłacaniem. Dziś wiem, że słusznie! Gdybym narzuciła sobie tempo to istniało spore prawdopodobieństwo, że szukałabym hm…dodatkowego źródła finansowania. A tak nie poszłam grać – za to uczyłam się wydawać pieniądze. Byłam jak dziecko we mgle. Fascynowało mnie posiadanie pieniędzy. Był to ciekawy okres w moim życiu, który zaowocował…. najgłupszymi zakupami pod słońcem. Bo kupowałam sobie wszystko, na co mnie było stać. Dziś oceniam to, jako całkowitą nieumiejętność gospodarowania pieniędzmi oraz formę nagradzania się. Bo mnie się należały nagrody, i to dużo i często, bo przecież moje ukochane „hobby” zostało mi zabrane, więc coś w zamian.

– Grałaś 10 lat, z czego 3 niemal codziennie. Co Cię skłoniło, żeby wreszcie wyjść z tego zaklętego rytuału: praca – gra – chwilowy odpoczynek i od nowa?

– Kiedy grałam nie było dla mnie żadnych świętości, żadnego tabu, przysięgi składane przed Bogiem nie miały żadnego znaczenia ani wartości. Miałam jeden cel: grać. Nie byłam ani wiarygodną partnerką, ani pracownikiem, ani córką, ani przyjaciółką ani nawet kierowcą, bo jeździłam jak wariatka. Granie to nie były przegrane czy wygrane pieniądze. Gra była całym moim życiem.

Te ostatnie lata destrukcyjnej gry były tak intensywne, że zaczęłam mieć omamy wzrokowo-słuchowe, nie mogłam zasnąć, w mojej głowie ciągle brzmiała muzyka – wiadomo, jaka; bałam się, że po prostu zwariuję, że któregoś dnia znajdę się w szpitalu psychiatrycznym..
Najbardziej pamiętam momenty, jak jadę w środku nocy, pustymi ulicami do salonu czy kasyna. Darłam się na głos i ryczałam. To nienawiść do samej siebie mnie rozpierała. I to była ta moja „kropką nad i”. Ten ogrom nienawiści, jaką czułam do samej siebie. Czarna rozpacz i otchłań.

– I co zrobiłaś?

– Zadziałała Siła Wyższa, w moim przypadku Bóg. Pamiętam ten dzień doskonale. Sierpień, środa. Wzięłam pieniądze i znowu byłam w kasynie, znowu grałam, choć dzień wcześniej przysięgałam sobie, że już nigdy…I nagle obok mnie stanęła starsza kobieta, taki „suchy gracz”, co to udziela złotych rad. Ale ona nie tylko radziła, co mam zrobić, ale też zapytała mnie czy wiem, że takie granie jak moje to hazard.  Chciałam być sama, denerwowały mnie jej uwagi i rady. Ale jakoś nie miałam siły ani ochoty jej zniechęcić do tej próby rozmowy ze mną. Kiedy przegrałam wszystko ona wciąż stała przy mnie i zapytała – w jakim kierunku pani jedzie? Nieoczekiwanie odpowiedziałam zgodnie z prawdą i zgodziłam się ją podwieźć. W czasie tej podróży powiedziała, że hazard to straszna rzecz, ale można się od niego uwolnić. Powiedziała też, że w Warszawie są mitingi, na których spotykają się hazardziści i na dodatek wręczyła mi swoją wizytówkę z telefonem. Przestałam grać w sobotę o 6 nad ranem, a o 11 zadzwoniłam do tej kobiety, że jadę na miting na ul. Zgierską. I tak się zaczęło.

– Nie miałaś nawrotów zakończonych grą?

– Oczywiście, że miałam. Zagrałam pół roku po pierwszym mitingu. Dlaczego? Po pierwsze ciągle słyszałam od bardziej doświadczonych członków Wspólnoty, że po pół roku niegrania nawrót jest „jak w banku”, co jest nieprawdą, bo zdarzają się one w różnym czasie. Ale ja wbiłam sobie to do głowy uznając nawrót za coś oczywistego, co musi się wydarzyć, co czeka. Jasne, że czekał a jeszcze bardziej ( dziś to jasno widzę) ja sama czekałam na ten nawrót, który zakończył się grą.

– I co było dalej?

– Potem wszystko od początku. Kiedy zakończyłam pierwszy etap terapii, zaczął się tak zwany miesiąc miodowy. Wszystko pięknie się układało, a ja byłam cała szczęśliwa. No i głęboko wierzyłam, że to tak już będzie, bo nie gram. Terapeutka mnie ostrzegała, że miesiąc miodowy kiedyś się skończy. Nie do końca w to wierzyłam. Ale miała rację. Miesiąc miodowy się skończył, a zaczęło się po prostu samo życie. Ale właśnie dzięki terapii, mitingom, książkom udało mi się „wskoczyć” w swoje tory i tak sobie jadę do dziś.

Po drodze miałam także swoje załamanie; utrata pracy i rozwód. Wszystko w ciągu 10 dni. Wtedy miałam też nawrót, który nie zakończył się grą a 6-tygodniową terapią zamkniętą w Charcicach. Nigdy wcześniej nie czułam tego jak bardzo chcę żyć!
Pierwsze dni w Charcicach to był koszmar. Trzymała mnie jedynie świadomość, że mogę w każdej chwili spakować się i wyjechać. Innej motywacji nie było.
Potem powoli wchodziłam w terapię i relacje z innymi uzależnionymi. Skorupka zaczęła pękać. Dziś, po kilkunastu latach od terapii twierdzę, że to był jeden z najszczęśliwszych okresów w moim życiu. I bardzo owocny w wiedzę – przede wszystkim o sobie. Powrót do pustego domu był trudny. Nadal byłam bez pracy, ale za to zaopatrzona w zapas siły. I ta wystarczyła mi, aby znowu wskoczyć na te swoje tory.
Okres terapii jest rzeczywiście swoistym parasolem ochronnym, ale wyjście spod niego nie musi być wcale bolesne. Czułam strach i lęk, ale wiedziałam także, że to moje koło ratunkowe. Hazard jest, jak każde inne uzależnienie, chorobą śmiertelną. Będę się leczyć – będę żyć.
Ważne, żeby wiedzieć, że nawrót nie musi skończyć się graniem. Nawrót to także nasze zachowania z okresu grania. Ja nie gram kilkanaście lat i też mi się zdarzają takie okresy, że jestem nieznośna dla siebie i otoczenia, ale nie myślę o graniu. Śmigam sobie wówczas na miting albo dzwonię do przyjaciela – hazardzisty i wygadam, co mi tam leży na sercu.
Nawrót to także efekt zaniedbania HALT-u.

– A co pozytywnego pamiętasz z tych pierwszych miesięcy zdrowienia?

– Pamiętam, że przyjaciele ze Wspólnoty AH byli ze mną w stałym kontakcie, dużo telefonów, spotkań.  Jedno zdarzenie utkwiło mi w pamięci, jak sekretarka w pracy, która pracowała ze mną już od kilku lat, weszła do mnie do pokoju i powiedziała: „pani Asiu, pani to ma tylu znajomych, że nawet nie przypuszczałam, bo tak rzadko do pani ktoś dzwonił prywatnie, a teraz to non-stop”.
To był pierwszy sygnał. Drugi to moi poza wspólnotowi znajomi i przyjaciele. Dziesiątki razy w słuchawce usłyszałam – ” nie żartujesz? Naprawdę masz czas się spotkać?„. Pewnie byli w szoku, bo tyle lat ciągle nie miałam dla nich czasu.
Odkryłam też w sobie cierpliwość. Nie wiedziałam, że umiem poświęcić komuś swój czas, uwagę, nie złościć się gadaniem, nie zerkać stale na zegarek.
Powoli też zaczynałam pamiętać o ważnych datach.
Dosyć dobrze też pamiętam, że zaczęłam widzieć i wąchać. Dziwiło mnie to, że można wąchać, patrzeć, czuć świadomie.
Ale i tak najcenniejszą dla mnie zmianą było to, że bardzo chciałam poznać siebie. Poznać i zrozumieć. Uczucie poznawania do dziś czuję. I nie jest ważne, czy odkrywałam w sobie złe czy dobre rzeczy, ważne było to, że poznaję siebie.

– Dzwoni do Ciebie hazardzista i pyta, co mam zrobić, żeby przestać grać? Co mu mówisz?

– Prowadzę skrzynkę na forum pomoc@anonimowihazardzisci.org,  mam dyżury w Stowarzyszeniu na ul. Siennej w Warszawie, spotykam się na mitingach i zawsze odpowiadam osobie, która szuka dla siebie ratunku – idź na miting. Zobacz, że nie jesteś sam, że obok ciebie są podobni ludzie, a niektórzy nie grają już po kilka czy kilkanaście lat. A później terapia, warsztaty, grupy wsparcia. Chociaż nie ma jednej żelaznej reguły, jeden idzie na terapię i później trafia na miting. Najważniejsze, żeby chcieć wreszcie przestać grać!

– Mało jest kobiet we Wspólnocie AH, mało też spotkałam hazardzistek na terapii, a przecież tak dużo ich widziałam w kasynie! Ale moje pytanie dotyczy sensu tworzenia kobiecego mitingu. Przed laty chodziłam na taki miting na ul. Poznańską, ale to nie były spotkania, które mnie poruszały. Miting upadł. Jakoś nie widzę różnic pomiędzy kobietą, a mężczyzną w aspekcie hazardu.

– A mnie od lat marzył i marzy się taki kobiecy miting. Ja też na początku swego zdrowienia nie widziałam różnic pomiędzy kobietą, a mężczyzną w aspekcie uzależnienia od hazardu. Więcej uważałam, że koledzy ze Wspólnoty nie powinni we mnie widzieć kobiety, a li tylko hazardzistkę. Do momentu, kiedy w 2009 albo 2010 nie skrzyknęłam kilku hazardzistek z całej Polski. Przyjechały do Warszawy i to kilkunastogodzinne spotkanie otworzyło mi oczy na różne  sprawy takie jak: przemoc ze strony mężczyzn (hazard żony był jednym z narzędzi), wymuszany seks, seks za pieniądze na grę czy ciąża, jako środek profilaktyczny, który ma uchronić przed grą itp. Wtedy otworzyły mi się oczy dlaczego kobiety nie chcą przychodzić na mitingi, na terapię i mówić o takich sprawach. Bo to wymaga ogromnej odwagi i poczucia bezpieczeństwa. Myślę, że kobiecy miting spełniałby te warunki, no, ale cóż. Ale dróg zdrowienia jest wiele i każda, która prowadzi do zerwania z grą jest dobra.

– Program Zdrowienia, czyli 12 Kroków przerobiłaś ze sponsorem, sponsorką, czy na warsztatach?

– Kiedy zaczęłam chodzić na mitingi kobiet było jeszcze mnie niż dzisiaj. Przerabiałam Kroki sama, na warsztatach, z terapeutą, ze spowiednikiem i rozmawiając z innymi hazardzistami. Pamiętam, że będąc na Programie Osobistego Rozwoju w 2006 poznałam osobę uzależnioną z 18-letnią abstynencją. Spytałam go, czy mógłby powiedzieć, który krok robi. Chwilę pomyślał i powiedział: – a wiesz, teraz chyba czwarty przerabiam.
Wyraziłam swoje zdziwienie; 18 lat i czwarty krok? A on mi odpowiedział: – tak, ale ja już go robię któryś raz, przecież ja będę je robić przez całe życie. Przerabiam kroki w każdym dniu i nie ma tu żadnej chronologii.
I to do mnie trafiło. Ten program jest do przerabiania przez całe życie. Ja tak mam, że mniej więcej, co 2 – 3 lata mam zryw i muszę koniecznie coś ze sobą zrobić. I za każdym razem jak już pobiorę szeroko rozumiane nauki, to mówię sobie, no to już koniec, nie chce mi się więcej. Potem mijają te 2, 3 lata a ja od nowa. W ubiegłym roku byłam na III części warsztatów rozwoju osobistego i oczywiście dziś uważam, że to definitywnie ostatni raz. A co będzie to czas pokaże.  Przez te 18 lat abstynencji skończyłam studia, pojechałam na 6 tygodniową terapię zamkniętą do Charcic, skończyłam Program Rozwoju Osobistego (PRO) i Studium Pomocy Psychologicznej, byłam trzy razy na warsztatach Rozwoju Osobistego w Tyńcu oraz skończyłam Integralną Profilaktykę Uzależnień na UKSW.

Dzięki mitingom, terapii, warsztatom, rozmowom, wiedzy uzmysłowiłam sobie najpierw, że to nie tylko i wyłącznie długi są konsekwencją mojego grania. Z przerażeniem i bólem odkrywałam, co straciłam. I to był mój kolejny cel.
Wtedy też powoli pojawiła się we mnie chęć poznania siebie. Ale to trwało. Odkrywałam siebie taką, jakiej nigdy nie znałam albo nie pamiętałam, że kiedyś może i taka byłam.
Gdyby ktoś mi powiedział kiedyś, że jest we mnie jakaś wrażliwość, czułość, ciepło czy serdeczność pokładałabym się ze śmiechu. A ja znalazłam to w sobie. Odrzucałam na początku, kiedy budziły się we mnie takie uczucia. Ba, nawet nie pozwalałam im zagościć w sobie na dłużej. Prześmiewałam, wypierałam, nie wierzyłam.
Jedną z piękniejszych rzeczy, które nauczyłam się to marzyć, ale inaczej. Już nie hazardowo o wielkich pieniądzach czy władzy. Moje marzenia dziś mnie cieszą a nie nakręcają. Mam w sobie wiele pragnień, marzeń, celów. Pewnie część z nich nie zrealizuje się, ale nie są one chore.

Moja dewiza brzmi – zawsze można zwiać. Można wyjść z mitingu, terapii, warsztatu, rozmowy, jak coś mi będzie przeszkadzało.   Mam wybór i to powoduje, że się nie boję, nie wstydzę i zwyczajnie mi się chce.

 

Read the original article here.

 

Kategorie
Bez kategorii

Wywiad: Hazard To Nie Wyrok Śmierci

 Hazard to nie wyrok śmierci

Rozmowa z AGNIESZKĄ, żoną hazardzisty

– Łatwiej było uwierzyć w to, że mąż jest hazardzistą, czy, że postanowił pójść na terapię i zmienić się?

– Trudne pytanie, ale muszę zacząć od ważnej sprawy. Otóż Kamil ­­­zanim podjęliśmy decyzję o byciu razem ­ powiedział mi, że gra na maszynach. Wówczas tę wiadomość zupełnie zignorowałam. Nie zapaliła mi się czerwona lampka, bo hazard wydawał mi się zupełnie niegroźną „rozrywką” dorosłego mężczyzny. Gdyby powiedział, że pije alkohol w dużych ilościach, to, co innego! Wtedy z pewnością wzmogłaby się moja czujność. Z prostego powodu, o alkoholizmie wiedziałam sporo, o hazardzie nic.

– Nic nie wiedziałaś o hazardzie, o uzależnieniach?

– Uzależnienia kojarzyłam przede wszystkim z alkoholizmem i narkotykami. Nic poza tym. O hazardzie nie wiedziałam nic. Ważną rolę odegrało też i to, że od początku mamy oddzielne konta bankowe. Więc te pierwsze straty, przegrane były przeze mnie niezauważane. Potem było coraz trudniej. Na początku łatwo ulegałam, przebaczałam kolejne „wpadki”, dawałam pieniądze na spłatę długów. Dawałam się wodzić za nos, bo na początku długi Kamila nie były jakieś koszmarne, nasza egzystencja nie była zagrożona. Oczywiście z upływem lat coraz częściej trzeba było wprowadzać większe oszczędności, coraz więcej było ograniczeń. Coraz trudniej przychodziło mi znoszenie tej sytuacji. Dochodziło do kłótni i awantur. Lały się łzy.

Koszmarna była też niepewność. Nigdy nie byłam pewna, czy Kamil spędzi z nami święta, rodzinne uroczystości, spotkania z przyjaciółmi. Przez wiele lat było tak, że zamiast cieszyć się, że jesteśmy razem, że są z nami najbliżsi – on chodził „naładowany”, szukając okazji do kłótni, żeby mieć pretekst do wyjścia z domu i pójścia grać. Te zepsute święta bardzo bolały.

– Jak próbowałaś temu zaradzić?

– Zaczęłam szukać informacji w internecie na temat uzależnień i hazardu. Dużo czytałam interesujących wypowiedzi, opinii, porad. Kiedy uzależnienie Kamila zaczęło niszczyć naszą rodzinę zagroziłam, że jeżeli nie zacznie czegoś ze sobą robić – rozstaniemy się. Byłam zdeterminowana i on wiedział, że to nie są czcze pogróżki. Poskutkowało o tyle, że poszedł na pierwszy miting. Doskonale pamiętam, co powiedział po powrocie, że to nie dla niego, że jakaś paląca się świeczka na stole, jakieś trzymanie się za ręce, jakaś modlitwa o pogodę ducha…Na koniec zaznaczył, że nie jest żadnym „świrusem”, tylko normalnym człowiekiem i wie, co robi.

On nie chciał niczego zmieniać, ale ja tak! Poszłam na terapię do przychodni na ul. Zakopiańską. Prawdę mówiąc, już pierwsze zajęcia były dla mnie wstrząsem. Otóż zdałam sobie sprawę, że doskonale wiem, o czym mówi terapeutka. Nagle uświadomiłam sobie jednak, że wszystko robię odwrotnie niż należy. Chociaż uważam się za inteligentną osobę, popełniam koszmarne błędy. Spłacam jego długi, ponoszę konsekwencje, które on sam powinien ponosić, ukrywam jego uzależnienie przed rodziną. Chcę zmienić mojego męża zamiast zmieniać siebie. Tak dłużej być nie mogło! Wiedziałam, że on sam musi podjąć decyzję o terapii, ale ja mogę postawić warunek: „Bardzo cię kocham, nadal chcę z tobą być, ale nie mogę żyć z czynnym hazardzistą. Albo coś z tym zrobisz, albo się rozstajemy”. Tak też uczyniłam. Złożyłam również papiery o separację, co Kamila trochę oprzytomniło. Ale wciąż nie chciał się leczyć. Ciągle słyszałam te same argumenty, że nie może zacząć terapii, bo praca zawodowa, bo częste wyjazdy, bo krucho z pieniędzmi i musi odrabiać straty. W końcu jednak nie miał wyjścia i pojechał do Łukowa.

Muszę jeszcze o czymś koniecznie powiedzieć. Nigdy nie pilnowałam Kamila, nie sprawdzałam, nie dzwoniłam po znajomych wypytując gdzie był itd. Uznałam, że to on jest uzależniony od hazardu, to jest jego problem i on będzie ponosił za to konsekwencje. Na terapii utwierdziłam się w przekonaniu, że tak właśnie należy postępować.

– Wiem, że Kamil skończył terapię w Łukowie, że chodzi na mitingi, że od 7 lat nie gra. Jak nastąpił przełom?

– Myślę, że mój mąż musiał osiągnąć swoje dno i dojrzeć do terapii. Musiał też wybrać – dalsza gra, albo rodzina. Na szczęście postawił na to drugie i pojechał do Łukowa. Jednym z zadań terapeutycznych, jakie miał do wykonania na odwyku była jego prośba abym napisała do niego list. Zrobiłam to. Jednak zamiast napisać o tym, jaki jest wspaniały i jak mi na nim zależy – czego zapewne się spodziewał – wywaliłam całą prawdę, bez znieczulenia. Wydaje mi się, że wtedy coś do Kamila dotarło, że to nie są żarty, że się rozstaniemy.

– Droga do trzeźwości w przypadku Kamila, podobnie jak w moim, była długa i wyboista. Przytrafiały się „wpadki”, powroty do gry, kłamstw, długów. 

– Trudnych momentów było dużo, nie od razu wytrzeźwiał, ale włożył ogromną pracę w to, żeby przestać grać. Ciągle jest aktywny, bierze udział w mitingach, warsztatach i wyjazdach wspólnotowych, dużo czyta, rozmawia z przyjaciółmi ze Wspólnoty. Myślę, że dzięki temu funkcjonujemy, jako rodzina.

Na koniec powiem coś, co może wielu zaskoczyć. Może to paradoks, ale        

z perspektywy czasu jestem wdzięczna losowi, że postawił na mojej drodze

hazardzistę. Naprawdę, tak to dzisiaj odbieram. Hazard Kamila, jego choroba,

spowodowały moją ogromną zmianę, jako człowieka, kobiety, matki, żony.

Dzisiaj nie przeklinam już hazardu, choć ciężkich chwil było naprawdę dużo,

ale terapia, mitingi, warsztaty sprawiły, że staliśmy się sobie bliżsi, że nasza

miłość jest piękniejsza, pełniejsza, bardziej dojrzała. Bez hazardu Kamila nie

byłoby tego wszystkiego. Dzięki temu, że on zachorował, a ja musiałam

poszukać pomocy dla siebie, mogłam zobaczyć, z czym sobie nie radzę,

zmierzyć ze swoimi słabościami i popracować nad sobą. To nie jest tak, jak

myśli większość żon uzależnionych osób, że problem dotyczy tylko ich mężów

i jak on przestanie grać, to życie znowu będzie piękne. To chyba największy

błąd. Tak samo jak przekonanie, że my żony hazardzistów i alkoholików

możemy ich zmienić. Zmieniać możemy tylko siebie. Dzisiaj wiem, że

kompulsywny hazard męża to nie wyrok śmierci, ale szansa na lepsze życie.

Problem tylko w tym, że nie każdej rodzinie jest dane z tej szansy skorzystać.

Nam się udało.

www.iwaterflosser.com

Kategorie
Bez kategorii

Wywiad: Wszystko Będzie Dobrze!

Odkąd jestem trzeźwy skończyłem jedne studia, wkrótce zaczynam drugie. Za rok się żenię z piękną i mądrą dziewczyną, która niedługo zostanie lekarzem. Byłem dwa razy w Chinach, raz w Szwajcarii, poznałem wielu wspaniałych ludzi. Gdybym grał, nic z tych rzeczy, by się w moim życiu nie zdarzyło – mówi Andrzej, nałogowy hazardzista i alkoholik, trzeźwy od sześciu lat. Gdy po raz pierwszy trafił na miting AH miał zaledwie 24 lata.

Koledzy mówią do ciebie „Młody”. Ile masz lat?

29

A ile miałeś, gdy zrozumiałeś, że jesteś uzależniony od hazardu i po raz pierwszy poprosiłeś o pomoc?

To było w 2007 roku, gdy miałem 21 lat. Prośba o pomoc polegała na tym, że zwróciłem się do mamy z pytaniem, czy da mi hajs na pokrycie długów. Tak naprawdę, po raz pierwszy o pomoc poprosiłem dopiero trzy lata później w 2010 roku

Co takiego wydarzyło się w twoim życiu, że mając zaledwie 24 lata przyszedłeś na miting Anonimowym Hazardzistów?

Już wcześniej wiedziałem, że coś w tym moim graniu jest nie tak. Nie byłem jednak jeszcze gotowy, żeby poprosić o pomoc i ją przyjąć. Pewnego dnia przegrałem jednak 25 tysięcy złotych i – jak zwykle – poszedłem po ratunek do mamy. Usłyszałem, że więcej pieniędzy nie dostanę, bo rodzice ich po prostu nie mają. Poczułem, że grunt usuwa mi się spod nóg, bo do tej pory zawsze to „pogotowie gotówkowe” działało. Tym razem spotkałem się z odmową i nie wiedziałem, co zrobić.

Rodzice wiedzieli, że grasz hazardowo i tracisz ich pieniądze przy automatach?

Wiedzieli już od 2007 roku. To wtedy okradłem matkę z całej pensji. Miałem jej kartę do bankomatu i mogłem z niej korzystać w razie potrzeby. W pierwszy dzień Świąt Wielkanocnych przegrałem wszystko. Do tego nie płaciłem żadnych zobowiązań i długi rosły. Miałem też inne problemy – rzuciłem studia na Wojskowej Akademii Technicznej, mimo że byłem już na czwartym roku. Kłopoty się nawarstwiały i nie byłem już w stanie ich ukrywać. Zdawałem sobie sprawę, że mam duży problem. Kładłem się wieczorem do łóżka i nie mogłem spać. Przez trzy lata dzień w dzień marzyłem żeby umrzeć. Nienawidziłem siebie i swojego życia. W 2010 roku poznałem pannę i to ona wysłała mnie na miting. Poszliśmy razem na wtorkową grupę w salce przy kościele na Nowolipkach. Był luty. Siadłem, posłuchałem, oceniłem wszystkich i poczułem się piękny, młody i bogaty. Dziewczyna namawiała mnie, żebyśmy poszli także na niedzielny miting na Rozwadowskiej. Zrobiłem jednak wszystko, żeby się od tego wymigać. Spałem do 13 i nie zdążyłem na spotkanie, które – jak wiesz – rozpoczyna się w południe. Panna zrobiła mi wtedy straszną awanturę, ale potem odpuściła i przestała mnie namawiać. Nie miałem nad sobą bata, więc przestałem chodzić na spotkania AH.

A jednak niebawem będziesz świętował szóstą rocznicę niegrania. Co się stało, że zostałeś we Wspólnocie AH na dłużej?

10 września 2010 roku siedziałem w pracy. Dostałem pensję i coś mnie nosiło. Zamówiłem kolegom pizzę, po czym zostawiłem ich samych, wypłaciłem wszystkie pieniądze i przegrałem je w 15 minut. Lawina ruszyła. Najpierw pożyczyłem 5000 złotych od jednego koleżki, potem się naćpałem. Grałem do rana i ćpałem. To były jakieś gówniane dopalacze. Szybko skończyły mi się pieniądze i desperacko ich szukałem. Naprawdę byłem wtedy zdesperowany i gotowy na wszystko. Razem z gościem, z którym wtedy grałem oszukałem innego kolegę z pracy. Jechaliśmy do salonu z ukradzionymi pieniędzmi samochodem naćpani jak bobry i stwierdziliśmy, że jeśli znowu przegramy, to się wieszamy.

Oczywiście przegrałeś wszystko?

Jak zwykle. W takim stanie, zaćpany i nieprzytomny, szlajałem się po Warszawie do wieczora. W portfelu nie miałem nawet złotówki, a w baku benzyny na 30 kilometrów. Nie miałem już siły i pojechałem przespać się do siostry. Następnego dnia matka już nade mną stała i płakała. 24-letniemu koniowi dała areszt domowy. Musiałem siedzieć w chacie pod jej opieką i mogłem wychodzić tylko na mitingi AH. Skorzystałem z tej szansy i jeździłem po Warszawie na wszystkie mitingi. Niewiele z nich jednak rozumiałem, nie odzywałem się, nic z siebie nie dawałem. Coś załapałem dopiero w grudniu. Pamiętam, że wtedy była zima stulecia i cała Warszawa stała. Przez dwa tygodnie nie byłem na mitingu i wróciłem do gry. Wypiłem ze cztery piwa, pożyczyłem do koleżki 200 złotych i w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia poszedłem do salonu. W dwie minuty przegrałem stówę, po czym kobieta wyrzuciła mnie z salonu, bo musiała go zamknąć. Wracałem do domu i płakałem, a właściwie wyłem jak zwierzę przez całą drogę. Czułem się podle, a mimo to w telefonie szukałem internetowego kasyna, żeby grać dalej. Doszedłem do domu i zadzwoniłem do kolegi ze Wspólnoty. Powiedział, żebym poszedł na miting. Poszedłem i od tamtego czasu nie było tygodnia, żebym nie pojawiłbym się na którejś z grup. A przepraszam – w 2013 roku przez kilkanaście dni byłem w Szwajcarii i wtedy nie poszedłem na żaden miting. Zawsze jestem na spotkaniach AH kilka razy w tygodniu. Kiedy rozstałem się z dziewczyną, byłem na mitingach codziennie. Czasami nawet na dwóch. Nie dlatego, że tak bardzo lubię te spotkania. Czasami nie chce mi się iść, czasami siedzę na mitingu i bawię się telefonem. Wiem jednak, że muszę posadzić cztery liter na krzesełku wśród ludzi takich jak ja, by przypomnieć sobie, że jestem hazardzistą, że to moja pierwsza i podstawowa tożsamość: jestem nałogowym, kompulsywnym i patologicznym hazardzistą, który jeżeli pójdzie grać, zmarnuje życie swoje i swoich bliskich. Przecież jedno wejście do salonu spowoduje, że wszystkie moje role życiowe trafi szlag. Nie będę wtedy synem, studentem, narzeczonym, bratem, pracownikiem. Jeśli zagram, mnie po prostu nie ma.

Ta stówka oddana w automacie, to było twoje ostatnie zagranie?

Ostatnie, ale bardzo bolesne. Ktoś się może dziwić, że tak bardzo zabolała mnie strata stówki, ale w tym nie chodziło o pieniądze. Chodziło o strach. Tak potwornie się bałem, że wszystko zniszczyłem, że ten koszmar znowu wrócił i teraz przede mną tylko równia pochyła. Na szczęście udało mi się zatrzymać ciąg.

A jak to się stało, że wpadłeś w sidła hazardu? Kiedy zagrałeś po raz pierwszy?

Zaczęło się od gorzały. Oglądałeś „Czterdziestolatka”? W jednym z odcinków Kobuszewski mówi do głównego bohatera: „Panie, jak ja kocham tę naftę”. Ze mną było tak samo. Jak ja kochałem tę naftę! Pierwszy raz koledzy przynieśli mnie nieprzytomnego do domu, gdy miałem 13 lat. Nigdy nie umiałem pić, zawsze upijałem się w trupa. Nie radziłem sobie z czymś, to piłem. Do nieprzytomności. Musiałem się porzygać, inaczej nie było imprezy. Teraz widzę, że wtedy wszystko robiłem kompulsywnie. Jak piłem, to do spodu, nawet w piłkę grałem kompulsywnie. Na dworze się ściemniało, koledzy szli do domów, a jak przez trzy godziny kopałem piłką w krawężnik, żeby się nauczyć jakiegoś zwodu. I czułem się szczęśliwy. Plecaka czasami nie brałem do szkoły, ale o piłce nigdy nie zapomniałem.

A hazard?

Poszliśmy z koleżką do sklepu, w którym był automat. On grał, a ja się przyglądałem. W końcu z nudów sam wrzuciłem 20 złotych. I wygrałem. Od tego czasu zaczął się półroczny ciąg. Od razu „kupiłem” ten hazard i codziennie siedziałem przy automacie. To nie były wielkie sumy, ale wciągnąłem się na maksa.

Co tak naprawdę sprawiło, że w grudniu 2010 roku wreszcie poczułeś, że jesteś nałogowym hazardzistą i naprawdę chcesz przestać grać?

Bałem się, że zwariuję. Chciałem umrzeć, nie radziłem sobie z samym sobą.

Miałeś próby samobójcze?

Te moje próby to był bardziej krzyk rozpaczy i prośba o pomoc niż realne szarpnięcie się na życie. Raz było już jednak naprawdę źle, wtedy gdy przegrałem pensję matki. Chciałem wsiąść do auta, rozpędzić się i uderzyć w mur. Poza tym ciąłem ręce żyletkami, kiedyś nażarłem się tabletek. Okazało się, że to był magnez i nic mi się nie stało. Byłem już naprawdę zmęczony życiem i tym, co wyrabiam. Tym graniem, tym piciem, degrengoladą. Przez cztery lata nie miałem żadnego sukcesu, wszystko się waliło. Nie skończyłem studiów, w życiu osobistym też było do niczego. Po prostu czarna rozpacz.

Rodzice bardzo chcieli ci pomóc, ale pewnie nie wiedzieli jak? Spłacanie długów hazardowych syna, to przecież najgorsze rozwiązanie.  

Najgorsze, ale rodzice pomagali mi jak umieli. Nie mogę mieć do nich pretensji, bo nie wiedzieli, co trzeba robić. Nie są terapeutami, nie znali problemu i czuli się bezradni. W domu rodzinnym czułem się kochany i szczęśliwy. Wyszedłem z dobrego domu, byłem ładniutki i zadbany. Taki kochany syneczek rodziców, najmłodsze z trojga rodzeństwa. Świetnie grałem w piłkę, dobrze się uczyłem, choć byłem niezłym rozrabiaką. Tylko nie potrafiłem radzić sobie z emocjami, nie umiałem układać sobie normalnych relacji z ludźmi, więc uciekałem w co się dało – najpierw w alkohol, potem w kompulsywny seks i wreszcie w hazard. Jestem wdzięczny moim rodzicom, że mnie nie wyrzucili z domu, a dzisiaj chcą ze mną rozmawiać.

Nacierpieli się przy tobie, prawda?

Bardzo. Moja matka przez pięć lat nie mogła spać. Nigdy nie wiedziała, czy wrócę do domu i w jakim stanie, co znowu nawywijam. Wnosili mnie do domu pijanego, płakali i załamywali nade mną ręce.

Wiemy już, że jesteś wielkim zwolennikiem AH, a co z terapią?

Trafiłem na nią po roku chodzenia na mitingi. Miałem bardzo dużo szczęścia, bo we Wspólnocie znalazł się człowiek, który się mną zaopiekował. Piotr nie wdawał się ze mną w dyskusje, słuchał tylko, co mam do powiedzenia i mówił, co mam robić. W lipcu powiedział: „Młody, jedziesz do Lichenia na Ogólnopolskie Spotkania Trzeźwościowe”. Byłem strasznie zły, bo nie miałem zamiaru jechać na jakiś religijny spęd. Głupio mi było jednak odmówić. W Licheniu dostałem dwie lekcje. Poczułem się wśród tych wszystkich nałogów bezpiecznie i  zrozumiałem, że mam się trzymać tych, którzy nie grają już kilka lat i mają mi coś do przekazania. Tym kimś był Piotr. Wyciągnął do mnie rękę i zaopiekował się mną. Nie grał od kilkunastu lat, ale nie mądrzył się, nie pouczał, nie powoływał ciągle na Siłę Wyższą. Jego komunikaty były proste: „Trzymaj się tych, którzy nie grają. Rób to, co ci mówią. Przychodź na mitingi. Nie kombinuj, nie próbuj po swojemu.” I cały czas nawijał mi o terapii. W lutym 2012 roku poszedłem do poradni przy ulicy Zgierskiej i zacząłem leczenie.

Szybko się odnalazłeś na grupie wstępnej?

A skąd! Przecież ja tam byłem najmądrzejszy. Od roku nie grałem, byłem zakochany w AH, pozjadałem wszystkie rozumy i chciałem uczyć terapeutów. Na szczęście z każdym dniem zaczynałem maleć i zaczęła ze mnie schodzić cała ta pycha. Zaliczyłem na Zgierskiej wszystkie warsztaty, zrozumiałem, że terapia też jest bardzo ważna, że na samych mitingach dalej bym nie pojechał. Musiałem dostać całą tę wiedzę, napisać te wszystkie prace, poczuć te emocje. Pan Bóg dał mi taki krzyż, jaki w danym momencie mogłem udźwignąć. I dał mi narzędzia, dzięki którym mogłem sobie poradzić. W lipcu 2012 roku poczułem pierwsze profity z niegrania. Poznałem pannę. To była pierwsza dziewczyna, której nie zdradziłem. Potem się rozstaliśmy, co bardzo mocno przeżyłem, ale wreszcie zacząłem budować normalny związek. Pewnie, że stare zachowania cały czas wracały. Kontrolowałem ją i sprawdzałem jak wariat. Gdy pojechała do Anglii, to dzwoniłem do niej co kilka minut. Ciągle miałem przecież chory łeb. W poradni przy Zgierskiej leczyłem się aż do 2014 roku, potem spotykałem się jeszcze z terapeutą indywidualnym. To był dla mnie wspaniały czas i lekcja pokory.

Potem była praca na Programie 12 Kroków?

Kiedy skończyłem terapię Piotr, który cały czas się mną opiekował powiedział, że powinienem znaleźć sobie sponsora. Wstydziłem się zwrócić bezpośrednio do niego, ale skierowałem swoje kroki do jego podopiecznego. Pracowaliśmy dwa lata i muszę przyznać, że było trudno. On jest silną osobowością, ja też w kaszę sobie dmuchać nie dam. Cały czas się ścieraliśmy, a on mnie bardzo irytował, waląc w moją boskość, jak w bęben. Dopiero później, gdy sam zacząłem być dla kogoś sponsorem, zrozumiałem, że mój sponsor miał rację. Mimo że mnie złościł, to naprawdę wiedział co gada. Teraz, rozmawiając ze swoim podopiecznym, często się do siebie uśmiecham w duchu, gdy słyszę te same bzdury i wątpliwości, które ja kilka lat temu mówiłem swojemu sponsorowi. Ale tak działa ta choroba. Dzisiaj jestem swojemu byłemu sponsorowi bardzo wdzięczny za to, co dla mnie zrobił. Rozstaliśmy się po piątym kroku, nie dane nam było chyba pracować razem dłużej. Czuję jednak do niego sympatię i sentyment.

Równolegle rozpocząłeś pracę na Programie 12 Kroków według metody strzyżyńskiej. Jak to się stało, że po raz pierwszy pojechałeś na turnus do Strzyżyny?

Mój sponsor postawił mi taki warunek. Powiedział, że będziemy pracowali, ale muszę jechać do Strzyżyny. Myślisz, że paliłem się do tego wyjazdu? W żadnym wypadku! Ale bardzo nie chciałem grać i wiedziałem, że muszę się słuchać. Muszę zresztą robić wszystkie te rzeczy, które robię. Muszę przyjść na dyżur do Stowarzyszenia „Nie Gram”, pofatygować się na miting, poprowadzić spotkanie, na którym pełnię służbę prowadzącego i raz w roku jechać do Woźniakowa, gdzie teraz spotykają się „strzyżyniacy”. Wreszcie muszę pomagać innym hazardzistom, którzy poproszą o pomoc.

Często powtarzasz, że wielu z tych rzeczy, które robisz, wcale nie lubisz.

Nadal tak jest! Co ty myślisz, że chce mi się być skarbnikiem Stowarzyszenia i ciągle przypominać ludziom, że trzeba płacić składki. Albo, że tak chętnie zostawiam moją narzeczoną na dwa tygodnie, bo muszę jechać do Woźniakowa?

Czemu zatem robisz to wszystko, zamiast pójść na imprezę z rówieśnikami?

Bo to wszystko ratuje mi życie. A imprezy? Jestem też alkoholikiem i kluby nie są dla mnie bezpiecznym miejscem. Staram się ich unikać. Poza tym okazało się, że bez gorzały też można się fajnie bawić. Z drugiej strony, staram się, żeby moje uzależnienie nie wpływało na życie moich bliskich. To, że ja nie piję, nie znaczy, że moi bliscy nie mogą tego robić. Mojej dziewczynie też się coś należy od życia. Nie jest uzależniona i jeśli chce się napić drinka raz na jakiś czas, to nie będę odstawiał szopki pod tytułem: „Nie masz prawa przy mnie pić, bo jestem alkoholikiem.” To jest moja sprawa i to ja muszę zadbać o siebie w taki sposób, żeby ona nie cierpiała. W tym związku świadomie staram się stawiać siebie na drugim miejscu. Nie dlatego, że chcę być biednym misiem, który użali się nad sobą. Wiem, że jeśli świadomie postawię się na drugim miejscu, to może to moje wielkie ego trochę się zmniejszy. Jestem egocentryczny do kwadratu, ale nie chcę wchodzić w rolę Boga. Jeśli mogę narzeczonej sprawić małą przyjemność, to staram się to robić. Chcę być normalnym facetem, który radzi sobie z emocjami i życiem. Czuję, że się rozwijam i spełniam. Moje życie zaczyna mieć sens i fajnie wygląda.

Czym się różni tamto życie od tego?

Wszystkim. To co dzieje się teraz w moim życiu to kosmos. Teraz też mam bardzo trudne momenty i gorsze dni, też zdarza mi się wpadać w dołki. Różnica jest taka, że teraz sobie z tym wszystkim radzę w zdrowy sposób. Kiedyś lek był jeden – nawalić się, pójść na panienki albo przegrać wszystkie pieniądze. Czyli zeszmacić się do spodu. Już mówiłem dokąd mnie to doprowadziło. Teraz, gdy jest źle,  dzwonię do kumpla ze Wspólnoty, przychodzę na miting, idę z przyjacielem na kawę.

Zupełnie inna jakość życia?

Zupełnie. Są problemy, ale jakoś sobie z nimi radzę. Pewnie, że wciąż mam tendencję do szukania haju, ale teraz już nie chcę tego haju. Jest mi do niczego niepotrzebny, jest dla mnie zgubny. Teraz wolę się przytulić do dziewczyny, pogłaskać ją po głowie i powiedzieć, że ją kocham. Nawet nie muszę uprawiać seksu. Dość się w życiu nagrałem i napiłem. Już tego nie chcę.

Nie nachodzi cię czasami ochota, żeby ruszyć w tango? W końcu nadal jesteś młody.

Zdarza się. Coraz rzadziej, ale czasami przeleci mi przez głowę taka myśl. Od razu sam się jednak naprowadzam na właściwe tory. Bo co mi to da? Nachlam się w trupa, kupię najlepszy alkohol jaki będzie, może zaliczę panienkę. I co? Obudzę się rano z poczuciem klęski. Narzeczona mnie zostawi, o ślubie będę mógł zapomnieć, rodzice znowu będą płakali, a ja poczuję się jak szmata. Warto?

Ani trochę. Ale wspomniałeś o ślubie. Żenisz się?

Za rok. Termin już mamy wyznaczony. Nie mówiłem, że moje życie zaczyna nabierać sensu?

Kategorie
Bez kategorii

Dr Lubomira Szawdyn – o początkach

Dr Lubomira Szawdyn, wspaniały przyjaciel leczących się hazardzistów opowiada w kilku zdaniach o początkach leczenia hazardu.

Jak wyglądały początki leczenia hazardu w Polsce?

Już w latach siedemdziesiątych trafiali się pojedynczy pacjenci. Zaczynali przychodzić do poradni zgrani ludzie, mimo że kasyna były wtedy nielegalne. Nie było w Polsce doświadczeń i materiałów, dzięki którym można by im pomagać. Uczyliśmy się od siebie nawzajem.

Byłam ciekawa ich historii, od każdego czegoś się uczyłam. Wiedziałam, że jeśli ktoś nie sterroryzuje swoich emocji, pychy i prywatnego lenia, nie przestanie kłamać, kraść, manipulować, to nie wyzdrowieje. I mówiłam im to tak, jak to czułam. To była bardziej intuicja, niż wiedza. Potem się okazało, że miałam nosa i te moje metody były zbliżone do tego, co robiło się w tym czasie w innych krajach. Pierwsi pacjenci trafili na moment, gdy nie byłam już taka głupiutka. Nie byłam już tylko panią doktor od odtruwania i zajmowania się ciałem pacjenta, ale wiedziałam mniej więcej, że idę dobrą drogą. Jestem praktykującą katoliczką i wiedziałam od początku, że nie da się żyć w takim bagnie, w jakie ładowali się uzależnieni. Doszłam do tego trochę po katolicku, trochę po babsku, wsparta wiedzą i wykształceniem. Dobrze, że wybrałam taką drogę, bo się do tego po prostu nadaję.

Pierwszy hazardzista w poradni

Był niedoszłym samobójcą. Zgrał się do cna i chciał się powiesić. Odcięli go i prosto ze szpitala na Banacha przysłali do mnie. Jeszcze miał na szyi ślad po linie. Zaproponowałam mu zrobienie bilansu długów, policzenie ile i komu jest winien. Mówił, że ma długi u znajomych, dalszych członków rodziny i lichwiarzy, ale żonie i dzieciom nic nie jest winny. Miał tych długów więcej niż włosów na głowie, ale gdy go spytałam o okradanie bliskich, to zrobił wielkie oczy. Grał przez dwadzieścia lat, ale rodzinie niczego nie jest winien. Dobre, prawda? To rodzinne złodziejstwo bardzo mnie zmobilizowało, żeby być wyczuloną na to jak bardzo ci ludzie utracili kontakt z rzeczywistością. Pamiętam też dwójkę pacjentów z FSO na Żeraniu. To była kobieta i mężczyzna, którzy zapożyczyli się na grę w totka. Nie były to wielkie kwoty ale wpadli w pętlę i nie umieli się z niej wydobyć. Przyszli do mnie, bo czuli, że mają problem.

Leczyłam ich jak umiałam. Pracowaliśmy z pacjentami nad zaplanowaniem sobie dnia, ustaleniem hierarchii wartości, pomagałam im wrócić do żywych. Chciałam żeby taki delikwent zobaczył gdzie odleciał, że lewituje pięć metrów nad ziemią i opowiada bajki, które nie mają z jego prawdziwym życiem nic wspólnego. Włosy stawały mi dęba na głowie jak bardzo ci ludzie chcieli żyć na lewo. Nie cieszyć się życiem, nie wypełniać żadnych ról. Mówi mi taki pacjent, że dla niego najważniejsza jest rodzina. Ta sama, którą okradł. Ma na boku ze dwie kochanki, dzieci widzi tylko przy świętach i przekonuje mnie, że rodzina jest w jego hierarchii wartości na pierwszym miejscu. W latach 80-tych hazardzistów i seksoholików było bardzo mało i dłubałam z nimi w tym, co nazywałam moim programem odwykowym. Jego celem był powrót do realnego życia, zobaczenie kim jest uzależniony, jaką ma hierarchię wartości, jak sprząta po sobie. Tak zaczynałam. Nie miałam wtedy zielonego pojęcia o programach.

O pierwszych mitingach

W latach 90-tych terapeutów, którzy leczyli hazardzistów można było policzyć na palcach jednej ręki. W Warszawie byłam właściwie sama i wszystkim pomóc nie byłam w stanie. Przecież moja doba ma 24 godziny. Zachęciłam więc moich pierwszych pacjentów, ledwie co raczkujących w abstynencji, żeby poczytali dostępne już wtedy materiały i zaczęli się spotykać. Pierwszy mityng odbył się w 1995 roku w jednej z sal centrum odwykowego przy ulicy Zgierskiej i potem już poszło. Jestem szczęśliwa, że przyłożyłam do tego rękę a wspólnota się rozrasta i pięknie kwitnie. Podczas zjazdu w Poznaniu spłakałam się z radości, że mitingi odbywają się wielu miastach Polski, że rozwija się ruch dla osób współuzależnionych, że coraz więcej ludzi się leczy. To ciasto rośnie w rękach, trzeba tylko pilnować żeby nie zrobił się zakalec. Jestem szczęśliwa, gdy patrzę jak to ciasto pięknie  rośnie. Ale i tak uważam, że mityngów AH za jest mało. Powinno być więcej. Miesięcznie wysyłam na mityngi przynajmniej pięciu hazardzistów, nie wiem ilu do AH trafia. Niektórzy od razu jadą na terapię. Mit, że hazard rozwija się tylko w wielkich miastach dawno jest już nieaktualny. Potrzebne są mitingi w całym kraju.

O hazardzie dzieci

W Polsce jest przyzwolenie na to, żeby dzieci grały. Rodzice kupują najmłodszym gry od zarania, tak jakby doświadczenie hazardzistów dla nikogo nie było przestrogą. Przecież uzależniają się ci, którzy już jako pacholęta nie chcieli przegrać. Tymczasem w dzisiejszych czasach nad dziećmi trzyma się bacik i pogania do rywalizacji. Chcemy, żeby nasza pociecha była lepsza od innych i osiągała coraz większe sukcesy. Jednocześnie nie poświęcamy jej czasu i nie dajemy miłości. No to hulaj dusza, piekła nie ma. Nie trzeba daleko szukać. Nawet na mojej ulicy jest jedno takie diabelskie miejsce. Zawsze był tam sklep rybny, teraz jest punkt hazardowy. Obok jest gimnazjum i podstawówka. Czasem tam zaglądam i wyciągam te dzieciaki, ale jestem traktowana jak wariatka. „Znowu pani przyszła? Kogo pani szuka? Źle się to dla pani skończy.” Te dzieciaki z obłędem w oczach siedzą przy automatach. Jeśli trafi się wśród nich jakiś dorosły, to lichwiarz albo naganiacz. Świadomość społeczna idzie w kierunku żeby mieć a nie żyć, więc mamy kłopoty – kradzieże, kłamstwa, oszustwa. Dzieciaki rosną w rodzinach bez Pana Boga, norm etycznych i ograniczeń, a widząc, że rodzice kradną i oszukują, robią to samo.