Wywiad: Zmieniać siebie, nie męża

Zmieniać siebie, nie męża

Rozmowa z Bożeną, żoną hazardzisty

– Po jakim czasie zorientowałaś się, że mąż jest hazardzistą?

– Hazard jest takim uzależnieniem, które w pierwszej fazie trudno dostrzec. Nie ma takich wyraźnych objawów jak przy alkoholizmie czy zażywaniu narkotyków. Owszem, w pierwszym okresie naszego małżeństwa zdarzały się incydenty, ale ja kładłam je na karb młodego wieku męża, chęci „wyszumienia się”, imponowania kolegom. Przez długi czas ignorowałam takie sygnały jak:  ciągły brak pieniędzy, nerwowe reakcje na pytanie  co się dzieje z finansami, nieobecność w domu spowodowana nie tylko pracą zawodową.  Mąż na zadawane przeze mnie pytania udzielał wiarygodnie brzmiących odpowiedzi. Na dodatek jest on dobrym, ciepłym, sympatycznym człowiekiem, który nigdy się nie awanturował, nie używał wulgaryzmów i przekleństw. Nie miałam podstaw, żeby nie wierzyć człowiekowi, którego kochałam i z którym mam dzieci…

Oczywiście wówczas nie miałam świadomości i wiedzy o tym, że hazard to choroba. Ja postrzegałam wówczas hazard, jako „defekt” charakteru, słabostkę, więc coraz więcej obowiązków brałam na swoje barki. Pracowałam zawodowo, prowadziłam dom, wychowywałam dzieci, dbałam o ich rozwój. Za wszelką cenę chciałam utrzymać rodzinę, dom, walczyłam o nasz związek, bo pragnęłam, by nasze dzieci wychowywały się w normalnym, bezpiecznym domu. Ceną za to było przeświadczenie, że tak widocznie musi być, że taki los jest mi pisany.

Nie wiem, jak długo jeszcze żyłabym w tym marazmie i przeświadczeniu, że nic nie da się zrobić, gdyby nie bardzo już drastyczna sytuacja, w której skrzywdzony został członek rodziny.

– To cię wyrwało z letargu, bierności, marazmu?

– Tak. Z całą mocą ujawnił się mój instynkt samozachowawczy. Ja poczułam
i zrozumiałam, że muszę chronić swoich najbliższych i siebie. Że to koniec
z przyzwoleniem na destrukcję rodziny, na niszczenie mojej psychiki i moich dzieci, na ciągły niepokój i lęk, na brak poczucia bezpieczeństwa. Musiałam ratować siebie i rodzinę. Ja bałam się męża, czułam lęk przed nim, nie byłam już w stanie przebywać z nim w jednym pokoju, – chociaż jak wspomniałam wyżej, mój mąż jest sympatycznym człowiekiem. Ale zadawać ból i ranić można
w „białych rękawiczkach”. Nie chciałam się na to dalej godzić! Poprosiłam, żeby wyprowadził się z domu.

– Nie próbował grać na twoich emocjach i obiecywać poprawę?

– Nie, być może dlatego, że zaczął chodzić na mitingi dla Anonimowych Hazardzistów, podjął terapię i zaczęło do niego docierać, jaką krzywdę wyrządza sobie i nam. Konsekwencje jego grania były już wówczas bardzo groźne.

– Zdecydowana większość współmałżonków hazardzistów uznaje, że problem z hazardem kończy się wraz z uzyskaniem wyroku o rozwodzie bądź separacji lub z podjęciem terapii przez uzależnionego. W twoim wypadku było zupełnie inaczej.

– Ja dopiero uświadomiłam sobie, że muszę sama ze sobą „zrobić porządek”, by móc na nowo żyć normalnie, bez obciążeń, pytań o przeszłość, ciągłego rozdrapywania ran. Dlatego podjęłam terapię indywidualną trwającą 3 lata, uczestniczyłam w mitingach dla współuzależnionych na Zgierskiej
i Skaryszewskiej w Warszawie. Dzisiaj mogę to przyznać, że jeżeli chodzi
o udział w mitingach to szłam w dużej mierze za tym, co robił mąż. On mnie przekonał, żeby spróbować. Pamiętam, że jak mi pierwszy raz zaproponował udział w mitingu dla współuzależnionych to żachnęłam się i powiedziałam, że to na pewno jest dobre – ale dla niego! Ale, co ciekawe, poszłam, bo byłam ciekawa, o czym ci ludzie dyskutują, rozmawiają, jacy w ogóle są. I to był strzał
w „10”! Poczułam bliskość z obecnymi na tym mitingu osobami, mówili bowiem o rzeczach, które sama przeżywałam. To było dla mnie bardzo ważne odkrycie – mogę rozmawiać szczerze o różnych bolesnych przeżyciach
i wydarzeniach i nikt mnie nie ocenia, nie krytykuje, nie strofuje. I wtedy też zapragnęłam pogłębić swoją wiedzę na temat hazardu. Dzięki temu wiem, że działanie mojego męża nie było skierowane przeciwko mnie czy dzieciom. Po prostu ta choroba czyni takie spustoszenia. Droga do odkrycia tej prawdy była długa i wyboista.

Złapałam bakcyla pracy nad sobą. Wyjeżdżałam do Strzyżyny, gdzie pracowałam na Programie 12 Kroków. Pamiętam pierwszy wyjazd w 2010 roku – byłam pełna obaw, lęku, oporu czy dam radę, czy będę miała jakiś kontakt
z pozostałymi. To wszystko prysło już pierwszego dnia. Wspólne śpiewy, gimnastyka, zajęcia grupowe, rozmowy sprawiły, że „odmroziły” się moje uczucia. Zaczęłam prowadzić dzienniczek uczuć. Nigdy nie miałam wglądu
w siebie, nie analizowałam swojego działania i zachowania. A od tamtej pory zaczęłam to robić.

Muszę też dodać, że jestem DDA. Przez 2 lata chodziłam na terapię. To bardzo trudna terapia, odwołująca się do dzieciństwa, do bolesnych przeżyć z tego okresu, ale wspaniale oczyszczająca.

Terapie i mitingi sprawiły, że odeszłam od stereotypu – żeby zmienić nasze życie, muszę wpłynąć na zmianę działania i zachowania męża.

Jeżeli celem współmałżonka hazardzisty jest tylko zmiana hazardzisty to cel nigdy nie zostanie osiągnięty. Bo to ja muszę się zmienić!!! Terapie i mitingi są po to, żeby to zrozumieć i móc wprowadzić w życie. Ja mam wpływ tylko na siebie. Kiedy to sobie uświadomiłam, hazard przestał warunkować moje życie.

– Dotknęłaś, w moim odczucia, sedna sprawy.  

– To, że zaczęłam coś ze sobą robić i czynię to nadal przynosi mi konkretne korzyści. Lepiej się czuję fizycznie i psychicznie (dawnej ciągle czułam się chora, osłabiona), regularnie gimnastykuję się, pływam, jeżdżę na rowerze; wiem, na co mam wpływ a na co nie mam – stąd o wiele mniej we mnie lęków
i obaw, już nie zamartwiam się tym, co ode mnie nie zależy; zaczęłam zauważać piękno wokół mnie, dzisiaj potrafię szczerze się radować i cieszyć, dawniej radość była na ogół czymś uwarunkowana; dzisiaj śmieję się głośno, dawniej cicho, bez głosu; poprawia się komfort mojego życia; nie pielęgnuję w sobie urazy; jestem asertywna; nie wpadam z byle powodu w złość. Czuję się bogatsza wewnętrznie i ciągle się rozwijam, zdobywam nową wiedzę
i doświadczenie. Nie stoję w miejscu!

– A co z mężem?

– Dalej osobno mieszkamy, ale jesteśmy przyjaciółmi, wspieramy się, wymieniamy wiedzą i doświadczeniem. W tej chwili nasza relacja jest znacznie lepsza, głębsza, prawdziwsza niż wówczas, kiedy mieszkaliśmy razem. Dzisiaj jesteśmy bardziej razem niż wtedy.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Magdalena AH